Sześcioro dziennikarzy Gazety Wyborczej przez kilka dni na własnej skórze sprawdzało czy łatwo jest znaleźć pracę za granicą. Ten blog, to ich internetowy notes, o tyle niezwykły, że każdy może tu wpisać swoje komentarze, rady, uwagi. Szczegółowa relacja z dziennikarskiej misji niebawem w Gazecie Wyborczej i TVN 24
Kategorie: Wszystkie | Finlandia | Grecja | Hiszpania | Irlandia | Portugalia | Wielka Brytania
RSS
środa, 31 maja 2006
Zaczynam od jedzenia

Oxford Street. Do e-cafe (jak niemal wszedzie - 1£/godz.) wpadam na chwile, miedzy spotkaniami. Dzis Soho. Pochodziliem, zeby sprawdzic mozliwosci. Nie jest zle - w dwoch pubach potrzebuja barmanow (od przyszlego weekendu). Prawie wszedzie trzeba zostawic CV z namiarami. Prawie, bo kiedy o prace zapytalem w sex-shopie, uslyszalem 'can you start tomorrow?'. 5,75£/godz. Praca jako sprzedawca. Nasluchalem sie jeszcze w Polsce, ze w branzy pracuje sporo ziomali. Na Soho spotkalem 25-latka z Zielonej Gory. Opowiadal, jak robil licencjat z marketingu we Wroclawiu, potem studia magisterskie w Warszawie. Po nich praca w banku za 1000 zl z groszami. Przyjechal do Londynu, chcial pracowac w ksiegarni. Trafil do sex-shopu. - Rodzinie powiedzialem, ze robie w ksiazkach. Troche prawdy w tym jest - stwierdzil. I troche racji mial)) 

Podziekowalem za propozycje. Jutro o 8 rano mam dzien testu w 'wagamamie', niedaleko Charing Cross. To sieciowa restauracja, ale z milym klimatem. Mam sprobowac wszystkiego. Do tego manager firmy handlujacej pamieciami komputerowymi do jutra ma sie zastanowic, czy moze mnie przyjac na probe do siebie (jaka dokladnie to praca, jeszcze nie wiem - cos w okolicach magazynu i logistyki). Jest jeszcze sklep z ciuchami przy Picadilly Street - tam asystentem sprzedazy moglbym byc w przyszlym tygodniu.

Poki co, nie pomyslalem nawet o zmianie mieszkania - przychodze tam usnac, rankiem spadam. Londyn wciaga.

21:20, wojtek.pelowski , Wielka Brytania
Link Komentarze (11) »
Dublin, dzien czwarty

Rano zadzwonil Kevin - menadzer - i powiedzial, ze mam na jedensta byc znowu w Ilacu. Stanie na branmce, pilnowanie,c zy ktos nie kradnie. Postalem ze cztery - piec godzin i znowu telefon: za chwile tos mnie zmieni, moge isc do domu. Zapytalem, czy to znaczy, ze jestem zwolniony. Powiedzial, ze nie. Jutro kolejny test day - znow od 11.

Spotkalem dzisiaj na Dame St. dziewczyne z Opola (pozdrawiam, Zuzka ;) ). Przyjechala z zamiarem znalezienia pracy w kilka tygodni, i to jest rozsadny termin przy tej ilosci Polakow i cudzoziemcow w ogole. Rozmawialem tez z ludzmi, ktorzy prace w Dublinie znajdowali przed piecioma laty. Mowia: nie bylo lzej, ale za to bylo mniej Polakow, wiekszy wybor, wieksze zapotrzebowanie np. na tlumaczy w szkolach dla cudzoziemcow czy szczegolnego rodzaju operki. Nie zazdroszcza nowym emigrantom, ale tez im nie wspolczuja. Swoje przeszli, dzisi zyja na poludniowej, bogatszej czesci Dublina.

Tyle na dzisiaj. Pozdrawiam i jeszcze raz: wiwat Lukozade, wiwat batoniki. Tej energii nie mozna przecenic - czy szukajac pracy, czy juz nawet pracujac.

20:49, jacek-kowalski , Irlandia
Link Komentarze (32) »
Wydreptane sciezki pracy

Jezeli poszukiwanie pracy to tez praca, to mam za soba bardzo pracowity dzien. Dawno nie bylem tak wykonczony o godz. 21.

Ale po kolei. Najpierw informacja wazna - w polskiej ambasadzie wyjasniono mi, ze faktycznie wiekszosc prywatnych posrednikow oferujacych prace w Grecji dziala legalnie. A 150 euro za pomoc w znalezieniu zatrudnienia to podbno zupelnie normalna stawka i jest to zgodne z prawem. Mozna tez probowac przez panstwowy posredniak, ale to raczej odpada - bylem pod takim biurem. Duza kolejka, radosny balagan i ochroniarze wpuszczajacy pojedynczo do srodka. Na dodatek zaden z pracodawcow nie pytal mnie tu o tzw. IKA, czyli numer identyfikacyjny pracownika. W amabasadzie to potwierdzili - na 40 tys. Polakow w Grecji skladke ubezpieczeniowa do greckiego ZUS odprowadza co dziesiaty.

Znacznie lepsze efekty przynosi wlasnoreczne, a raczej "wlasnonozne" szukanie pracy. Prawie za darmo (dzienny bilet komunikacyjny - 3 euro) i jak na razie wynik mam chyba niezly - dwie oferty na budowie i jedna w barze, ktora wlasnie "wychodzilem". Ale do pracy w barze mam przyjsc dopiero w piatek na probe, czyli gdy jest najwiecej klientow. Szef jest chyba Grekiem i nie przeszkadza mu, ze nie znam jego pieknego jezyka, bo obsluguje glownie turystow. Stawka za wieczor - 25 euro plus napiwki. Poza tym znow bylem pod polskim kosciolem, zeby wziasc najswiezsze wydanie bezplatnego "Informatora Polonijnego" z ogloszeniami, rowniez o pracy i mieszkaniach.

Oplacilo sie kupno greckiego numeru telefonicznego za cale 15 euro (8 euro na rozmowy). Jedna propozycja jest zdobyta wlasnie za jej posrednictwem, bo nikt nie chce dzwonic na polski telefon.

To narazie tyle. Ide przejrzec ogloszenia z "Informatora"

20:35, marcin.sztandera , Grecja
Link Komentarze (7) »
Będę się uczyć portugalskiego

A teraz od końca. Dziś znalazłam pracę w agencji zajmującej się szkoleniami, rekrutacją, poszukiwaniem mieszkań. Na próbę i dorywcz. Będę przyklejać naklejki z adresami na koperty.


To może nie jest zbyt ambitne zajęcie, ale za to nie trzeba z tymi kopertami rozmawiać po portugalsku. Jeśli się sprawdzę, mogę być zatrudniana częściej w ten sposób - w zależności od potrzeb. Może zostanę polecona do podobnych zajęć. Za godzinę mogę zarobić.... uwaga, nie rozczarujcie się: pięć euro. To starczy średnio na dziesięć kaw w restaracji albo na skromny obiad. Żeby praca była legalna, muszę wypisać pracodawcy 'recibo verde', czyli rachunek. Mogę to zrobić tylko wtedy, jeśli uzyskam tzw. NIF, czyli taki nasz NIP. Zaczęłam już dziś - więc pracowałam na czarno, bo NIF-u nie mam. Jutro przychodzę na kilka godzin. Już z dokumentami.

Ale wiecie dlaczego znalazłam to zajęcie? Ano dlatego, że miałam 'cunhas', czyli tzw. plecy. Na każdym kroku słyszę, że to bardzo pomaga. 'Cunhas' to mogą być krewni, przyjaciele, albo.. ludzie tej samej narodowości. Tak było w moim przypadku. Co ciekawe i bardzo ważne, mieszkający tu Polacy bardzo lubią innych Polaków. Doświadczyłam tego na własnej skórze (Maja, Iwona, Sławek, Ala i Tomek, o których istnieniu tydzień temu nie wiedziałam, potraktowali mnie jak starą znajomą). Tak samo było z panią Joanną, która prowadzi w Lizbonie firmę pośrednictwa pracy. Zadzwoniłam, zapytałam o pracę. - Polce zawsze pomogę - odpowiedziała.

Szukam też zajęcia przez jeden z pośredniaków (byłam tam jedyną 'białą'). Usłyszałam, że mimo nieznajomości portugalskiego mam szansę na pracę jako kelnerka lub barmanka (angielski i hiszpański wystarczą) Będę mogła zarobić ok. 6 euro za godzinę. Za to legalnie. Muszę tylko czekać na telefon. Nie wiadomo jak długo. – Ale coś się znajdzie. Proszę się nie martwić - pocieszyła mnie pracownica biura.

Mam nadzieję, bo moja wczorajsza wizyta w podlizbońskim kurorcie Cascais, nie zakończyła się zawodowym sukcesem. Wszędzie pytali o portugalski. W jednym pubie dostałam nawet formularz do wypełnienia. Ale po portugalsku! Dowiedziałam się też, że niebieskookie blondynki mają pewne fory w przypadku zatrudnienia w barze. Ale stanowczo jednak powinny znać choć trochę język portugalski.

Będę się więc uczyć.

19:05, agnieszka.urazinska , Portugalia
Link Komentarze (7) »
''Po angielsku nie przyjme podania''

nadaje znowu bez polskich znakow, tym razem z Wayne's caffee - sieci kawiarnianej, w ktorej mozna sie dostac  do sieci za darmo (w kacie za stolikami  stoja komputery,jesli nie masz za plecami kolejki, piszesz jak dlugo chcesz). I nie mam pracy. Pomna nauk  moich juz znajomych helsinskich studentow, chce sie starac o prace wedlug finskiej mody - ide do posrednika po oficjalne podanie. W popularnym Staffpoint panienka zza kontuaru usmiecha sie przepraszajaco:-  Jesli nie znasz finskiego, nie skladaj nawet podania.

Biore mimo to formularz. Jest oczywiscie po finsku, pomaga mi go wypelnic Robert, ktoremu pomogla w tym finska wspollokatorka. Robert jest w Helsinkach na studenckim stypendium,w urzedzie opracowuje znaki kartograficzne. Wystarczy mu na mieszkanie i skromne utrzymanie. Po jedzenie jezdzi do Tallina: wydal 20 euro na prom i wrocil z plecakiem pelnym ryzu, sloiczkow z sosem oraz kilogramami sera. Chcial dorobic do stypendium- w posredniakach odbil sie od kontuarow przez nieznajomosc finskiego. Na pamiatke trzyma sterte ofert ktore by go interesowaly, gdyby umial je zrozumiec. Wzial sprawy w swoje rece: obszedl okoliczne restauracje, po trzech tygodniach zatrudnil sie jako pomoc do zmywania. Piec dni w tygodniu, po piec godzin. - To restauracja roku, dobrze bedzie wygladala w CV - cieszy sie. Moze pojde w jego slady i poszukam takiej pracy. Ale to byl chyba cud. Tak uwaza Joanna, ktora dzisiaj jest przewodniczka dla Polakow oraz nauczycielka gry na skrzypcach. Ale 15 lat temu zaczynala jako kelnerka, chociaz miala swiezy dyplom mgr akademii muzycznej w kieszeni:- Przyjeli mnie cudem, cala  noc uczylam sie nazw zwyczajowych piwa, potem bylam atrakcja klientow ktorzy chcieli rozmawiac po angielsku.  

Joanna uwaza, ze Finowie boja sie pracownikow zza granicy. - Nie wiedza, jak Polacy potrafia pracowac, trzeba ich do tego przekonac - mowi.  Jest pod wrazeniem firmy stolarskiej z Ostrody, ktora jej w dwa tygodnie zabudowala kuchnie i wziela tylko 5 tys zl.  - Dotrzymali terminu,na montaz wpadli rano, opowiedzieli pare dowcipow i juz mialam kuchnie - mowi zachwycona. I opowiada mi, jak po finsku budowala szafe wnekowa w salonie:- Trzy miesiace: najpierw projekt u architekta, potem jedna firma robila polki, a druga je montowala, jesli trzeba bylo przesunac kontakt, musialam wzywac elektryka, ktory za jeden punkt bral  100 euro!

Wszystko wskazuje na to, ze Finlandia to raj nieodkryty dla polskich zlotych raczek.

Poszukiwany, poszukiwana

Buenas tardes,

No dobra, musialam to zrobic. Powiedzialam w pizzerii, ze niestety nie moge u nich pracowac. I to jeszcze wczoraj, pozno wieczorem, bo mialam wyrzuty sumienia.
Henri sie zdziwil, musialam mu dwa razy tlumaczyc, na czym polega nasz desant reporterow. - Ale przeciez masz te prace, nie musisz wracac do Polski - przekonywal. Hindusi podeszli do tego na luzie. - Ludzi jest pelno, od wczoraj mamy ze trzydziesci nowych CV.
Za kare pomagalam im w restauracji po poludniu :)

Rano Jorge ze stoiska z gazetami obiecal "wylapywac" mi Polakow. Wlasnie przekonalam sie,ze nic z tego nie wyszlo, ale dzieki Jorge.
Bo szukam Polakow. W Barcelonie sa bardzo rozproszeni. Chodze po calym miescie, pytam w sklepach, na budowach, aptekach.
Jurka spotkalam na budowie. Mieszka 25 kilometrow od Barcelony, codziennie dojezdza.  - Kumpel mnie sciagnal, bo w Kieleckiem nawet takiej pracy nie ma - mowi.
W miesiac zarobi ok.900 euro. Za pokoj w wynajetym mieszkaniu dzielonym z kolega placi 200. - Nie jest najgorzej. Ale nie znam w ogole jezyka, wiec nie ma co narzekac.
W przyszlosci chcialby otworzyc wlasna firme remontowo- budowlana.
Donata ma meza Hiszpana. W Barcelonie mieszkaja od pieciu miesiecy. Zna biegle jezyk, wlasnie zmienia prace. Jutro ma rozmowe kwalifikacyjna poza miastem. Trzymam kciuki.
Prace, o jakiej marzy niejeden Hiszpan ma Kamil. Skonczyl mikroelektronike, a teraz doktoryzuje sie na katalonskiej politechnice i ma stypendium, co bardzo rzadko udaje sie tubylcom.

A, wazne!
- nie zatrudnilam sie na czarno. Od maja Polacy moga pracowac na terenie Hiszpanii zupelnie legalnie. Tak mowiono mi przed wyjazdem, ale dla pewnosci sprawdzilam dzisiaj w komisariacie przy Barcelonecie, gdzie obcokrajowcy przychodza starac sie o tzw. numer NIE. Oficer policji potwierdzil.
- z umowa o prace jest tak, ze aby ja podpisac podajemy pracodawcy TYLKO NUMER PASZPORTU. na  wyrobienie sobie numeru NIE mamy 3 miesiace (wg oficera policji min. czeka sie 25 dni, a maks.40). Do tego czasu placimy wyzsze podatki,wyzsze sa tez niektore oplaty (np. za prowadzenie rachunku bankowego)
- formularz potrzebny do otrzymania NIE jest banalnie prosty. Jego wypelnienie zajmuje 5 minut, do tego trzeba miec paszport i jego ksero i 2 zdjecia

18:08, karolina-lagowska , Hiszpania
Link Komentarze (100) »
Grecja - kolejne starcie

Jest coraz lepiej. Wyobrazcie sobie, ze jest szansa na prace w pubie. To pewnie nic nie zwyklego dla osob czytajacych inne relacje kogow i kolezanek desantowych. Ale w Grecji od poczatku slyszalem, ze Polak to co najwyzej budowa. I taka prace juz mam..., ale najwczesniej od piatku.

Wczoraj jednak postanowilem popytac w barach pod Akropolem, na Place i Monastiriaki, czyli w najbardziej obleganych przez turystow dzielnicach. Jak na razie faktycznie nie spotkalem tam polskiego barmana, bo bez greckiego nie jest latwo. Ale to nie mission impossible! W 2 miejscach poprosili mnie, zebym dzis przyszedl pogadac z wlascicelami, ale dopiero wieczorem. Dowiedzialem sie tez czegos wiecej - ze w Atenach teraz nie ma sezonu na turystow!!! Zamurowalo mnie, bo widze tlumy ludzi roznych narodowosci. Ale Jorgos , z jednego z pubow,  wytlumaczyl mi, ze sezon jest tak naprawde we wrzesniu, gdy jest znacznie chlodniej. Wtedy otwartych restauracji jest dwa razy tyle i szukaja dodatkowych pracownikow. Bo teraz to wszyscy wyjezdzaja na wyspy.

Kolejne spostrzezenie - tu nikt nie wymaga CV, czy jakiegos formalnego potwierdzenia umiejetnosci. Przynajmniej tak bylo tam gdzie dotarlem. To chyba tylko swiadczy o podejsciu do problemu legalnosci zatrudnienia.

Czekam nadal na telefon od potencjalnych pracodawcow, bo wywiesilem swoje ogloszenie przed kosciolem na Michail Voda. "Polak, 27 lat, praktyka w ekipie remontowo-budowlanej, komunikatywny angielski, bez nalogow, przyjmie kazda prace" I numer mojego telefonu. Takie ogloszenie czasem podbno pomaga - doradzili mi Polacy ktorych spotkalem. Ale takich ogloszen bylo conajmniej kilka...

To na razie tyle. Wieczorem znowu ide pod Akropol, a teraz - do ambasady, sprawdzic te biura posrednictwa , ktore wolaja po 150 euro za pomoc w zatrudnieniu.

09:25, marcin.sztandera , Grecja
Link Komentarze (2) »
O mitach bedzie

Polska dzielnica, sciana placzu, biedni pijani ziomale - bzdury. Tak jak smiesza mnie niektore Wasze wpisy o moich 'dramatycznych przezyciach w Londynie', tak sam dystansuje sie do wlasnych stereotypow o szukaniu tu pracy. To coraz bardziej przyjazne miasto, coraz wiecej szans i mozliwosci.

Wiec po kolei. Za to od konca). - Zwariowales?! Tu nie ma zadnej polskiej dzielnicy. Polacy sa wszedzie! Normalni i nienormalni. Ustawieni i szukajacy roboty. Ale nie zyja w gettach! - mowil mi wieczorem przy strongbowku Tony, wlasciciel dwoch pubow przy London Bridge. Pytalem go, czy Polacy przychodza do jego knajp. Przychodzą. Tony otwiera nowy pub, dla Polaków. Rusza podczas meczu Polska - Ekwador.

Polazilem po Hammersmith. Sa polskie resturacje, biura podrozy, posrednictwa pracy, dom kultury, teatr itd. Ale to nie jedyne takie miejsce! Kuba, ktory w Londynie mieszka od roku mowil mi o Hunslow. Ze tam 'scian placzu' (w praktyce to zwykla tablica ogloszen) tez jest kilka. Ktos mowil o Ealing, ktos o czym jeszcze. Takich miejsc jest wiele, bo Polakow jest coraz wiecej. Jedni stoja i z piwem czekaja na robote, inni uwijaja sie w knajpach, a jeszcze inni robia interesy, jak Anglicy, Amerykanie, czy Francuzi. Normalna sprawa. Pytanie, z jakimi oczekiwaniami sie tu przyjezdza.

Koniec filozofowania. Konkrety: zarejestrowalem sie w polskiej agencji posrednictwa pracy. Uslyszalem, ze z moimi kwalifikacjami 'jest sznasa, ale procedura musi chwile trwac'. Ile? Tydzien minimum. W razie czego, potrzebuja do roboty przy usuwaniu azbestu. Nie chce jednak. Wiec w czwartek mam dzien proby w restauracji przy Laicester Square. Jak nie wyjdzie, w piatek cos w firmie logistycznej. Nie bede pisal wiecej, poczekam.

Marcin, z ktorym jemy wlasnie lody, mowi, ze to dobry czas na szukanie pracy. Oby mial racje.

02:34, wojtek.pelowski , Wielka Brytania
Link Komentarze (20) »
wtorek, 30 maja 2006
Moj pierwszy dzien w pracy, czyli nog nie czuje

Naprawde - nie jest latwo. Tu, w Dublinie nie jest tak, ze wchodzisz gdzie chcesz i masz prace. Podkreslam to z cala sila. Trzeba sie nachodzic, nastac, nabiegac. Trzeba byc cierpliwym jak starzy mistrzowie zen, nosic CV od pracodawcy do pracodawcy - nie ma eldorado. Powtyarzam: musisz miec PPS, czyli numer ewidencyjny, musisz miec kupe CV, musisz miec zameldowanie. Jesli nie masz zameldowania - popros kogos, u kogo mieszkasz, zeby dal ci list poreczajacy i ostatni oplacony rachunek; to zwykle wystarcza. Jest to odkrycie (prosze dublinczykow, zeby sie nie naigrywali) ktore dzisiaj poczynilem. Zatem przyjezdzajac na zielona wyspe musisz wiedziec, ze minie przynajmniej tydzien, zanim znajdziesz robote.

Co grozi za prace bez PPS? 40-procentowy podatek. Zamiast 20-procentowego. Naprawde, nie oplaca sie kombinowac. Slyszalem, ze niektorzy radza sobie jeszcze inaczej: melduja sie w hostelach, gdzie pracuja Polacy i od nich za tygodniowke (tak, tak - zycie to nie bajka) wyciagaja zaswiadczenia o rzekomym zameldowaniu w tymze hostelu.

Mimo braku PPS udalo mi sie dzisiaj znalezc prace - jestem ochroniarzem w firmie, ktorej nazwy ze zmeczenia nie pamietam ;) Ludzie z niej stoja w rozmaitych sklepach; ja dzisiaj stalem w Ilac przy sklepie z odzieza. Bo moj angielski jest tylko momentami fluen, a przewaznie basic. No i ten numer. |Totez pracuje na krotko, w ramach test day (dzien testowy), i bez zaplaty. Taki test day w przypadku niektorych to nawet tydzien: z tym, ze wtedy umawiaja sie z pracodawca na jakas mniejsza, ale zawsze przeciez - zaplate.

Poznalem tez dzisiaj ludzi, ktorym udalo sie w Irlandii osiagnac bardzo wiele. Mlodzi, zdolni, ambitni, z dobra i dobrze platna posada. O nich - jutro.

Coz, wiem na pewno: po dwoch dniach chodzenia za praca, po kilku godzinach stania w sklepie - czlowiek leci z nog. Czas wracac do domu - czyli hostelu.

PS. Zapytalem dzisiaj Ole, dziewczyne, ktora jest tutaj od pieciu lat i radzi sobie naprawde bardzo dobrze, jakich piec rad udzielilaby tym, ktorzy dopiero startuja w Dublinie. Powiedziala: -Jacek, po pierwsze musza wiedziec, po co przyjezdzaja tutaj. To podstawa. Po drugie musza byc uparci i cierpliwi - nic tu nie przychodzi od razu. Po trzecie - niech zaopatrza sie w dobre, wygodne buty i ciepla kurtke, to sie przyda przy chodzeniu za robota. Po czwarte - mocna glowa do alkoholu; to nie zart - tutaj wiele interesow zalatwia sie w pubie, a weekend zaczyna sie w czwartek. Wreszcie po piate - niech nie przeliczaja euro na zlotowki. To nie ma sensu, a utrudnia zycie.

Wierzcie Jej - wie co mowi. Olu - dziekuje za krotki kurs obslugi Irlandii, Dublina i Irlandczykow z obu stron rzeki ;))

22:49, jacek-kowalski , Irlandia
Link Komentarze (33) »
Huraaaa!!!!Znalazlam prace!!!!

Rano znow poszlam na stoisko z gazetami.

Buenos dias, Jorge. Nie, nie mam jeszcze pracy. Tak, szukam. Szczerze mowiac juz mi nogi odpadaja, a chodze w japonkach przeciez, nie na obcasach. Ale przekopalam internet. Mam pare adresow, pod ktore pojade. Daleko od centrum. (Jorge kreci glowa z powatpiewaniem). ¿ Que pasa?
- Uwazaj, reina. Ja mam tyle lat i jak nie musze, to sie trzymam z daleka od komputerow. Duzo oszustow.
Bede uwazac, Jorge. Czuje, ze dzisiaj jest dobry dzien na szukanie pracy.
Po drodze kupuje palemeras con chocolate. Ciastka pyszne, ze hej. Obiecalam przywiezc do Polski kilka dla Agnes (pamietam:).

Wsiadam w metro. Co za bajka. Tak oznaczone powinny byc wszystkie srodki transportu na swiecie. W Warszawie zdarza mi sie pomylic kierunki, ale w Barcelonie - nigdy. Tunele splataja sie ze soba pod ziemia, lacza przejsciami, ale zgubic sie to niezly wyczyn.
Wysiadam dwie stacje za katedra Sagrada Familia.
Jest adres, ktorego szukam. Pizzeria w okolicach placu zabaw. Na ulicach malo ludzi, widac, ze raczej tu sie mieszka niz pracuje.
Wchodze pod opuszczonymi do polowy persianami. Jestem po jedenastej, a otwieraja w poludnie. Mlody mezczyzna uwaznie czyta moje CV.
- Mamy siec restauracji, aktualnie potrzebujemy kogos do centrum. Jestes dyspozycyjna?
- Jasne. Moge zaczac nawet zaraz.
Czekam chwile, Hassan (tak sie nazywa) dzwoni.
- Zalatwione. Jedz pod ten adres, masz dzisiaj dzien probny. Jak sie sprawdzisz, zaczynasz jutro.
Metro, przesiadka, centrum.
Rany boskie, a jak sie nie sprawdze?! Naprawde sie stresuje.
Pod wskazanym adresem znajduje wloska pizzerie. W kuchni trzy osoby, na sali Kolumbijczyk i dwoch Hindusow. Mam do nich dolaczyc. Najpierw ucze sie karty prawie na pamiec. Makarony, pizza, salatki, karta win. Dobrze, ze jestem lasuchem, a w arkana alkoholowe wtajemniczala mnie od dziecka babcia.
Do otwarcia jeszcze godzina. Tu stoja kieliszki, tu wino biale, czerwone, rozowe, tak nakrywamy stoliki...Bedzie ok, tylko musze sie skupic. To wielkie to nie potwor, tylko automat do kawy. Talerze do zmywarki, no i trzeba na biezaco sledzic czy komus czegos nie brakuje.

Zaloga restauracji

W zalodze restauracji nie ma zadnego Hiszpana. Henri jest z zawodu producentem kawy, chlopaki Ray i Goldi wyjechali z Indii juz 6 lat temu. Nie chca wracac.
Sa pierwsi klienci. Dwie Angielki. Ide ja, bo znam angielski. Ufff.Pierwsze koty za ploty. I tak przez kolejne piec godzin. Non stop skupienie, gdzie lezy to, gdzie tamto. Idz do kuchni, sa juz gotowe potrawy, to do stolika 25, a na 6 brakuje noza. Ledwo stoje na nogach, dopiero teraz zdaje sobie sprawe jak sie stresowalam, mimo usmiechu na twarzy.
- Masz ta robote, guapa. Przyzwyczaisz sie - smieje sie Henri. - A teraz idz na plaze, jeszcze jest slonce.
- Huraaaaa!!! - prawie krzycze z radosci na ulicy. Usmiecham sie do kazdego przechodnia. Pierwszy dzien, dwie wpadki. Raz chcialam podac niepodgrzane jeszcze caneloni pewnej Hiszpance, ale w pore zobaczylam przerazona mine Raya. Druga wtopa ze sztuccami. Umyte, do wytarcia, w pojemniku.
- Ale zalej najpierw ciepla woda - radzi Henri.
Zalalam.
- Ha ha, guapa, ale ty szalona jestes!- poklada sie ze smiechu. - Nie taka woda, chodzi o wrzatek z ekspresu.
Co za wstyd...
Ale jednak dostalam te prace:))))

ps dzieki za wpisy na temat Numero de Identificacion de Extranjeros. Jasne ze wiem, co to jest i jak sie zarejestrowac. Ale na to potrzeba min 1,5 miesiaca. Dlatego tez nie szukam pracy w banku albo innych instytucjach, chociaz znam biegle hiszpanski.

18:38, karolina-lagowska , Hiszpania
Link Komentarze (39) »
Helsinki - zadzwonimy do pani
Dzisiaj bez polskich znakow, poniewaz pisze z komputera studenckiego w akademii sztuk pieknych-Dominik i Pablo maluja tu jedna z hal w ramach zarobkowej pmocy studentom. Bardzo sa zadowoleni, robota bedzie jeszcze na jutro. Ja nie moglam sie zalapac- to by bylo oszustwo uznali moi nowi koledzy.- Oni by ci dali prace, bo sa zyczliwi i chca pomagac za wszelka cene, ale przeciez ty nie potrzebujesz tych pieniedzy - wykladal mi swoja etyke Dominik. Uznalam, ze ma racje. Zwlaszcza, ze troche go przeraza moje szukanie pracy na zywo: sploszyl sie, ze co powie, od razu znajduje w internecie. Ale umowilismy sie, ze jednak piszemy, a jesli uzna, ze wysypal sie z czyms intymnym - powie mi to.
Mam za soba pierwsza probe znalezienia pracy. Zadzwonilam do darmowego dziennika, czy nie potrzebuja ludzi do rozdawania gazet na ulicach. Telefon wybralam po prostu z redakcyjnej stopki. Byli bardzo grzeczni, zgodzili sie na rozmowe po angielsku, zapytali ktora dzielnica mnie interesuje - kazda, sypnelam, moge przeciez dojechac. Najmniej 500 euro miesiecznie za prace trzy razy w tygdoniu po 8 godzin. Jak dobrez zasuwasz i rozdasz duzo gazet a jeszce wiecej umiescisz w skrzynkach pocztowych - nawet 2 tys.! Ale na razie nic z tego. - W przyszlym tygodniu bede wiedzial, ilu pracownikow wyjezdza na wakacje- wytlumaczyl mi czlowiek w sluchawce. Najpierw wypytal gdzie dokladnei mieszkam i czemu zdecydowalam sie pracowac w Helsinkach, czy moze studiuje. - A moze przyjde, porozmawiamy , zeby pan wiedzial, z kim ma do czynienia? - probowalam sie umowic. - Zadzownie, kiedy beda miejsca wolne, wtedy sie zobaczymy - uslyszalam.
- Nigdy nie mowia nie - skomentowal ze sceptycznym usmiechem Tatu, student helsinskiej akademii sztuk pieknych (jutro pewnie bedzie juz absolwentem, bo podchodzi do egzaminu dyplomowego). - Trzymaja twarz, sa zyczliwi, nie powiedza dlaczego naprawde nie dostalas tej pracy.
Tatu - artysta - sam potrzebuje pracy dorywczej. Rozumie moj bol. Razem sie smiejemy, ze moze lepiej nie znajdowac tej pracy, bo wtedy gazeta mi powie: Ok ,znalazlas, to juz sobie tam zostan. - Bez jezyka tutaj trudno zostac nawet sprzataczka - przyznaje Tatu. - Pracodawcy przebieraja, podnosza wymagania zeby miec dyplomatyczny pretekst w razie odmowy. U nas ajuz nie ma sprzataczek, sa menadzerowie do spraw higieny. A do tego trzeba znac jezyki,prawda?
Jeszcze trudno jest mi poruszac sie po miescie. Dagny wspanialomyslnie dala mi mapki. Moj plan przywieziony z Polski trzeba by rozkladac na szescioosobowym stole za kazdym razem. Ale te mapki sa dziwne: ta, na ktorej jest rozklad tramwajow i metra, ma niewyraznie oznakowane ulice (nazwy sa zasloniete przez wyrysowane linie komunikacyjne), a ta z dobrym planem ulic nie ma srodkow lokomocji. Zapytalam o droge gupke mlodziezy - od razu obalilam mit Finow doskonale ze szkoly znajacych angielski. Ale jakos tam dedukuje. Kupilam bilet 5-dniowy - za 18 euro moge sie wyjezdzic na full. Jeszcze lepiej jest z karta magnetyczna - za 34 euro dwa tygodnie w te i nazad kazdym srodkiem lokomocji - to dobre dla studentow i pracujacych, krecacych sie w kolko po miescie ludzi. Ale trzeba miec zameldowanie.
Przeszkadza mi slonce, wiem ze to bluznierstwo w tej szerokosci geograficznej, ale mam okropna alergie, chodze w ciemnych okluarach, caly czas placze. Mialo padac, a swieci tak ostro...
Nocleg znalazlam tuz przy dworcu - pensjonat prowadzony przez Rosjanki. ucieszyly sie ze moga do mnie mowic po rosyjsku, po angielsku sobie nie radza. MIejsce w dwuosobowym pokoju kosztuje 25 euro. Na pewno nie jest to propozycja dla rodakow szukajacych pracy.
Ide teraz do biura posrednictwa pracy. Dominik mnie lojalnie uprzedza, ze oferty daja tam w komputerze i tylko po finsku.
A. oraz Malgorzata, wysylam do was maile z telefonem. Chcialabym sie spotkac.
Zaczyna sie dziac

Od momentu, w ktorym kupilem miejscowa karte telefoniczna (T-Mobile, 7 £) mam wrazenie, ze czas mi sie jakos skondensowal. To tak:

- Zadzwonilem do znajomych znajomych (lancuszek bywa dlugi). Ci podali dalej. Teraz sam odbieram telefony, umawiam sie na spotkania. Puby, firma transportowa, agencja cateringowa, jakies biuro. Wszystko jeszcze mgliste, ale obiecujace. Czesc ofert poza Londynem, wiec na razie odpuszczam.

- Slyszalem kilka historii, ktorych teraz opowiadac nie mam czasu, ale do tematu wroce (na przyklad o mieszkaniu w fordzie eskorcie, bo wychodzi najtaniej).

- Wiem, ze CV to podstawa. Nie przygotowalem wczesniej, wiec zabieram sie za niego teraz. Ci, ktorzy pracuja w pubach, mowia, ze to formalnosc i w kwicie mozna wpisac kazda bzdure, byle z numerem telefonu. Do biur trzeba sie juz mocno przygotowac.

- Przyjechalem autobusem (10) na Hammersmith. Polakow spotkalem juz po drodze, ale nie mialem czasu na gadanie - pisalem smsy, umawialem sie na spotkania. Tyle, ze nie mam pojecia, gdzie jest ten polski dom, ulica, sklepy! Chce to przynajmniej zobaczyc. Obok koncowego przystanku znalazlem duza knajpe internetowa (1£ za godz.). Wchodze, trzy dziewczyny rozmawiaja po polsku. Wiec wiem juz w ktora strone isc. Kinga z Debicy drukuje zyciorysy. Narzeka, ze nie moze niczego znalezc. Ale tym razem one nie maja czasu ze mna gadac, wychodza. W knajpie wiekszosc to obcokrajowcy. Najbardziej popularna strona - www.gumtree.com - oferty pracy, mieszkania, dentysci itd.

Ide wiec na ten europejski Green Point i Jackowo. Wreszcie zrobilo sie cieplej. Nie rozumiem jednego - juz trzy razy uslyszalem 'bon jour'. Wygladam wiec na obcokrajowca, ale dlaczego na Francuza??

14:50, wojtek.pelowski , Wielka Brytania
Link Komentarze (15) »
Kraj zakochanych

Nie widziałam Tagu ani klasztoru Hieronimitów. Słynny ‘most kwietniowy’ mignął mi na horyzoncie, nie słyszałam nawet fado. Nie miałam czasu, bo zbierałam informacje o zatrudnieniu.

Zaczęłam od sprawdzenia co by było, gdybym przyjechała do Lizbony zupełnie ‘w ciemno’ – nie znała portugalskiego, nie miała oszczędności, mieszkania i upatrzonych ofert pracy. Popełniłabym duży błąd. W kraju, gdzie od kilku lat trwa kryzys, bezrobocie sięga ośmiu procent, a emigranci z Brazylii czy Ukrainy pracują za naprawdę małe pieniądze, przyjazd bez przygotowania byłby szalonym pomysłem. Sprawdziłam na własnej skórze– odwiedziłam kilka hoteli i pubów – tak jak planowałam na samym początku. Pytałam o możliwości legalnego zatrudnienia (trzeba mieć numer identyfikacji podatkowej i kartę pobytu). Wszędzie usłyszałam, że o pracę ciężko, że może kiedyś, że pracowników biorą najczęściej z ‘pośredniaka’. I teraz wiem już, że na pewno muszę dotrzeć tam, gdzie się wybierałam – czyli do Centro de Emprego.

Wiecie, o kogo pytają portugalscy pracodawcy w polskiej ambasadzie? Ano o polskich drwali na przykład albo o szwaczki (którym chcą płacić 600 euro miesięcznie) lub spawaczy (ok. 900 euro). Ambasada w zatrudnianiu nie pośredniczy, ale można tu dostać wskazówki gdzie szukać. Piękny budynek położony w zalanym słońcem ogrodzie. Ulica wysadzona drzewami, które z daleka przypominają polskie fioletowe bzy. Jacarnada się nazywają. Sygnały o Polakach poszukujących desperacko pracy jakoś tu nie trafiają. Dlaczego? – Bo to nie jest kraj, do którego przyjeżdżamy się dorabiać – usłyszałam od konsul Ewy Tomaszewskiej. – Mieszkają tu głównie ci Polacy, którzy Portugalię pokochali. Zostają dla klimatu, stylu życia, a nie dla pieniędzy.

W konsulacie są zarejestrowane 434 osoby. Mała jest ta nasza emigracja. Dużo więcej kobiet. A to dlatego, że wiele pań pozostaje na Półwyspie z miłości do.. Portugalczyków. W ubiegłym roku za mąż wyszło tu kilkadziesiąt polskich kobiet i tylko jeden mężczyzna z Polski poślubił Portugalkę.

Jak Polacy zarabiają na życie w Portugalii? Są muzykami, artystami, stomatologami. Trochę młodych osób pracuje w barach. Pracowników fizycznych jest niewielu. Legalną pracę sezonową można znaleźć za 400 euro.Bariera to oczywiście język. – Porównałbym to do Polski. U nas też osoba bez znajomości języka miałaby problemy – wyjaśnia Wojciech Baczyński, III sekretarsz ds. prasy, kultury i nauki w ambasadzie.

Wnioski są takie: Portugalia to kraj, w którym zostaje się z miłości, nie dla pieniędzy.

Ale wystarczył jeden dzień i już zrozumiałam, że w tym miejscu można się zakochać.

Uwagi na marginesie:

  • bez dobrego dezodorantu nie warto nawet zaczynać dnia – taksówkarz Pablo wyjaśnił mi, że to wyjątkowo koniec maja. Podobno rzadko kiedy o tej porze roku słupek rtęci sięga 33-35 stopni. Tym razem sięga. Woda mineralna niezbędna.
  • Za bezmyślność trzeba płacić – ja musiałam wydać 40 euro. Na telefon z kartą pre-paidową. Nie zatroszczyłam się o aparat w kraju, więc zamiast samej karty za 5 euro musiałam kupić cały zestaw. Z polskiego aparatu absolutnie nie opłaca się dzwonić do tubylców, a bez telefonu trudno się komunikować.
  • Warto pytać, by nie zbłądzić. Bardzo dobrze tu reagują na zagubionego cudzoziemca, który chce się odnaleźć.
  • Przewodniki nie kłamią: kawa i ciastka są tu boskie. Na dodatek kawę – pod przeróżnymi postaciami – można kupić w kafejce nawet z 0,5 euro.
  • Portugalczycy kochają ortodontów - w ciągu jednego dnia kilkanaście osób uśmiechnęło się do mnie 'metalicznie'. W sklepie, gdzie kupowałam telefon, na pięciu pracowników trzech miało aparaty...

PS. A tramwaje są rzeczywiście super. Chłodniutkie, szybciutkie. Rewelacja.

12:32, agnieszka.urazinska , Portugalia
Link Komentarze (18) »
Mam pracę!

Coś podejrzanie łatwo poszło. Ale o wszystkim po kolei. Jak pamiętacie, wczoraj zostawiłem swój numer telefonu w kilku miejscach, gdzie spotykają się Polacy. I dziś dostałem telefon od pani Hani, która prowadzi market spożywczy i gdzie robi zakupy sporo Polaków. Powiedziała, że moge pracować na budowie u jej znajomego. Praca byłaby od przyszłego tygodnia, albo jeszcze szybciej. Super.

Nie dziwcie się mojej radości, ponieważ Polacy bez znajomości greckiego mogą liczyć tylko na taka pracę w Atenach. Albo ewentualnie w chłodni przy produkcji lodów.

Na poczatek zarabia się po 30 euro dziennie - o tym mówia mi dosłownie wszycy. Odwiedziłem też kilka biur pośrednictwa pracy. Owszem można popracować np. w restauracji czy hotelu, ale na jakiejś wyspie. - W samych Atenach nie ma Pan szans, no chyba że byłby Pan kobietą - mówili pracownicy prywatnych biur pośrednictwa.

Same biura pośrednictwa to też "Sprawa dla reportera" i lekka ściema. Wszyscy zapewniają, że są legalni, w widocznym miejscu można znaleźć informacje, że pośrednictwo jest bezpłatne. Potem się dowiedziałem , że załatwienie pracy będzie kosztowało 150 euro. Ot, ciekawostka.

Znacznie skuteczniehsze są więc znajomości i ściany z ogłoszeniami w okolicach polskiego kościoła i polskich sklepach. Na razie wybieram sie na rozmowę ze znajomym pani Hani i szukam dalej na własną ręke pośród Greków. Może mi się uda znaleźć coś szybciej niż na przyszły tydzień.

12:24, marcin.sztandera , Grecja
Link Komentarze (3) »
Helsinki - doleciałam

Przez Amsterdam wprawdzie, ale dało radę. Holenderskie linie bardzo przyzwoicie zajęły się moim bagażem - plecak doleciał. Autobusy o północy to nie mit- jeżdżą, a kierowca pomógł mi wysiąść na właściwym przystanku. 3,6 euro z portu lotniczego do niemal centrum.  Zaryzykowałam i z  proponowanego noclegu skorzystałam - i tu niespodzianka: koleżanka Oli z bloga u której miałam zamieszkać  - Dagny, dzieli lokal z ...Dominikiem, z którym i tak miałam się spotkać. Naprawdę przypadek! - Ja też pierwszy adres w Heslinkach dostałam od dziewczyny poznanej na promie - bagatelizuje Dagny. Oboje studiują na Akademii Sztuk Pięknych - Kuvataideakatemia, czasem ze stypendiami, czasem bez. Razem wyszli po mnie na przystanek i dzisiaj nocuję w ich studenckim mieszkaniu (normalnie trzeba płacić 240-300  euro za pokój we wspólnym mieszkaniu,po fińsku hoas, chyba że na głębokich przedmieściach, wtedy wystarczy 170 euro miesięcznie; a za studenckie płacą 180 euro). Trzeci współlokator Pablo z Chile  zrobił mi fińską kanapkę: tosta z sadzonym jajeczkiem i posmażaną parówką  - pycha! Jutro idę malować z chłopcami halę na ich uczelni- dostali taką robotę w ramach uczelnianej pomocy studentom. Za godzinę ok. 10 euro. Ale ja się chyba nie załapię: - Musiałabyś mieć konto, adres i kartę podatkową - straszy Dominik. Bo Finowie to legaliści maksymalni. Na przykład Dominik próbuje załapać się do pracy w ogrodnictwie, czyli na cmentarzu. Powinien złożyć podanie w styczniu i czekać aż się zwolni miejsce - wtedy dzwonią do kolejnych osób z listy.  Siedzimy nad żubrówką, Dagny pokazuje fotki z Laponii (właśnie wróciła z wyprawy autostopem, w trampkach na śnieg), za oknem jaśniutko. Jest niewiele po drugiej w nocy (!). Kiedy pprzed pierwszą szliśmy, też nie potrzebowaliśmy latarki. Ale to namiastka, żeby podziwiać  prawdziwe białe noce trzeba by się wybrać bardziej na północ.
Jutro szukam pracy. Ma przyjść Tomasz - Czech, który pracował dorywczo w domu opieki społecznej, ale już wyjeżdża. Może zdobędę posadę po nim...

poniedziałek, 29 maja 2006
Wieczor na Caledonian
Zdazylem dzis:
  • nie spoznic sie na samolot z Krakowa,
  • spoznic sie na samolot z Zurychu do Londynu,
  • nie spoznic sie na kolejny,
  • doleciec na City,
  • kupic tygodniowego 'oystera' na trzy strefy - karte na metro i autobusy - 26 funtow (dzięki za podpowiedzi),
  • znalezc hostel i mieszkanie.
Tak wiec jestem w Londynie! Jedyna przygoda po drodze to spozniony samolot z Krakowa, przez ktory zostala mi juz tylko resztka wieczoru (choc w Anglii dzis byl dzien wolny, wiec - 'zawodowo' - stracilem niewiele). Wybralem wiec mieszkanie znajomych Polakow. Caledonian Road - tak sie ulica nazywa. Dzielnica wcale nie polska, ale obok fryzjer 'Magdalenka' i dwa polskie sklepy. Polska konkurencja jest spora, jadąc metrem polski głos słyszałem dwa razy.

Piątka mieszka w czterech pokojach (przekrój zawodowy od pubów, przez agencję nieruchomości po giełdowe ambicje). Opowiadaja, jak angielscy znajomi jednego z nich zorganizowali sobie weekend kawalerski w Krakowie. Ten, ktory wlasnie sie skonczyl, z papiezem Benedyktem. Ale bez alkoholu. Niezapomniane wrazenia)).

Dobrze. Pora wyjsc do tego miasteczka. Wroce tu, kiedy cos znajde.
22:59, wojtek.pelowski , Wielka Brytania
Link Komentarze (12) »
Pierwszy dzien i juz cos, czyli wiwat FAS

Glowa peka, kregoslup odmawia posluszenstwa - taki bilans pierwszego dnia szukania pracy. I - pewna oferta, ktora byc moze sie zisci juz jutro. Trafnie powiedziane: chcesz miec prace w Dublinie - kup wygodne buty ;) . Ale po kolei.

Zanim odkrylem FAS, czyli po prostu panstwowe biuro posrednictwa pracy (bo sa i prywatne, tez niezle prosperujace - o nich jutro) nalazilem sie po Dublinie jak glupi. Szukalem w sklepach kartek z informacja, ze szuka sie kogos do pracy. Ale takich kartek w Dublinie juz nie ma. Bo jest za to tutaj 120 tys. Polakow z numerami PPS - czyli po prostu zewidencjonowanych - ktorzy wszystkie takie oferty wylapali. Pozostaje lazenie i pytanie: sklep od sklepu, biuro od biura. Pozostaje tez Polska Gazeta - centrum polskosci w miescie (oprocz kosciola Dominikanow i... pubu Zagloba). Zaczalem od Polskiej Gazety - mnostwo ogloszen, ale w przewazajacej mierze szukaja inzynierow. Odpadam, bom humanista;) Okolo poludnia, po zlezeniu polowy Dublina, zyczliwy Polak podpowiedzial mi pojscie do FAS.

FAS-ow w miescie jest kilka. Ja bylem w tym na Jervis St. - od Henry St. (przy wielkim pomniku szpili) w Mary St. i od niej w bok. I juz. W FAS trzeba sie zarejestrowac (wtedy jest wiecej mozliwosci). Przemila pani wziela ode mnie namiary (0 euro), spytala, czy chce tlumacza (nie chcialem). Potem moglem skorzystac z jednego z kilku komputerow (kolejne 0 euro), znalezc interesujace mnie oferty i wydrukowac je na miejscu (nastepne 0 euro), a nawet za darmo zadzwonic do potencjalnego pracodawcy. Polecam wszystkim na poczatek - jesli nie ma sie numeru ewidencyjnego PPS i nie jest sie zameldowanym (o tym szerzej jutro).

Zadzownilem, poszedlem, kazali przyjsc jutro. Moze bedzie robota. jaka - tego nie powiem na razie, zeby nie zapeszyc. W kazdym razie z Polskim Sklepem dalem spokoj: za duza latwizna.

Z cyklu dublinskie zdziwienia:

  • nie wiem, czy pisalem juz o tych ich gniazdkach z trzema bolcami: nijak nie pasuje tak normalna wtyczka, z dwoma; ROZWIAZANIE podpowiedzieli mi Polacy (rodak potrafi;) ): trzeba dlugopisem zablokowac gorna dziurke i mozna juz sie podlaczac; OSZCZEDZAMY ok. 3 euro na wtyczke adaptujaca (jeszcze euro i jest na guinnessa ;) )
  • Irlandczycy przy umywalkach maja dwa krany: jeden z goraca, drugi z zimna woda; jako czlek gleboce niedomyslny przez dobe nie moglem zaskoczyc, ze to dla oszczednosci: trzeba zatkac zlew i zmieszac wode z obu kranow i juz
  • moje odkrycie - Lukozade - energetyczny napoj z glukoza; pomaga biegac po miescie w poszukiwaniu roboty i jest tanszy od kawy; wszedze w sklepach tego pelno, ale UWAGA: ceny sa rozmaite: przyzwoita to ta ok. 1 euro, nieprzywzwoita - ok. 2 euro; blisko Gardineer St. znalazlem sklepik, gdzie jest na to promocja - 55 centow; UWAGA NR 2: nie kupowac oryginalnego smaku - nie da sie pic ;)) lepiej kupic cytrynowy
  • radze szerokim lukiem omijac to, co nazwyaja tutaj eufemistycznie mlekiem - jakies zmienione chemicznie swinstwo, ktorego nie da sie pic. UWAGA: Nie ma wyjatkow od tej reguly ;)

Tyle na dzisiaj. Pozdrawiam Polakow w Polsce i w Irlandii

Do jutra

21:09, jacek-kowalski , Irlandia
Link Komentarze (32) »
aaaaa pilnie szukam pracy

Miasto na dobre budzi sie okolo dziesiatej. O osmej nie kupisz nawet bulki, wszystko pozamykane.Ale stoiska z prasa na szczescie juz dzialaja.
- Buenos dias, Karola - wita mnie Jorge, sprzedawca gazet na Ramblas. W niedziele wykupilam u niego caly zapas gazet z ogloszeniami o pracy. Chyba ze trzy kilo.I co? Kiepsko. Jorge doradzil: szukaj w knajpach, bo tu duzo turystow i z napiwkow dostaniesz dwa razy tyle co za prace.


Dobra, Jorge. Milego dnia. Cala torba cv, zdjec nie mam. Ruszam na lowy.
Knajpa numer jeden. Usmiechnieta senora potwierdza, ze ogloszenie wywieszone na szybie jest aktualne. Zostawiam cv, maja sie odezwac. Troche problem, ze nie mam hiszpanskiego numeru telefonu. Na polski nikt sie nie bedzie wysilal - zdradza mina kobiety. W koncu umawiamy sie, ze zajrze za dzien-dwa.
Dzien-dwa to troche pozno, ja bym chciala prace juz! Kolejne miejsca, kolejne cv. Ubylo 14.
W egipskiej restauracji potrzebuja kelnerek. Lubie Egipt. Zreszta nawet niechby sprzedawali pieczone sfinksy, co za roznica.
- To ja zostawie CV, dobrze? Ale odezwijcie sie szybko - prosze.
- Spokojnie, co sie seniorita tak spieszy.
Pani, chyba szefowa obslugi pokazuje mi plik dokumentow. Doslownie: plik. Chyba z 50 ofert.
- Nawet jak kogos potrzebujemy szybko, to trwa. Dwa, czasem trzy tygodnie.
Madre mia...Chyba troche sie podlamalam. Ide do ruskiego sklepu. O polskim nikt nie slyszal, ale jest rosyjski, wiec juz niezle.
Zoja, ekspedientka, mowi,ze czesto przychodza tu Polacy. Po chrzan, kielbase, bialy ser. A po smietane to nawet Hiszpanie. Swoa maja tylko slodka. Do kawy, lodow-jasne. Ale do pomidorow nie dodasz.
A w rosyjskim sklepie natykam sie na diabla. Ma rogi, podwojne nawet i srebrna twarz. Szpony na kilka centymetrow i czarne futro. I mowi po polsku!
- Jestem diablem od 1999. Siedze na Ramblas, turysci zawsze cos wrzucaja - mowi Slawomir Mazur.
Musi wracac do pracy. Ja nie, bo jeszcze jej nie mam.
Chyba zlapalam dola.

PS a moze ktos z pieknej Barcelony czyta tego bloga?i moze wie przypadkiem, gdzie mozna znalezc prace, ale teraz, najszybciej,a nie za trzy tygodnie?

17:18, karolina-lagowska , Hiszpania
Link Komentarze (34) »
Helsinki o północy

a na razie Berlin. Dojechałam ze Szczecina busem - od nas takie chodzą na życzenie, jak na stałej linii miasto-lotnisko. Do Berlina mam sto kilometrów, dojazd kosztuje 75 zł. W związku z tym nigdy chyba nie wylecę z Warszawy - to by oznaczało sześć godzin w pociągu za ponad sto złotych.

Już po odprawie, czekam na lot do Amsterdamu, Helsinki w związku z tym niedostępne nadal. Będę dopiero o północy. Liczę, że holenderskie linie nie zapomną przełożyć mojego plecaka na pokład drugiego samolotu. Ola z bloga zaproponowała pierwszy nocleg - u koleżanki, też Polki. Nie zdążyłam zamówić hotelowego pokoju, poszukam więc następnego dnia. Mam przyjąć zaproszenie? ...Dojadę nocnym autobusem. Nazwa przystanku jest nie do wymówienia, chociaż u jej źródeł tkwi niewątpliwie „swojsko” brzmiące railwaystation, ale nasycone jeszcze wieloma samogłoskami. Do wszystkich wskazówek Ola dołączyła jeszcze dopisek: nie martw się tu jest bezpiecznie.....Jest...?
Od środy szukam pracy z Dominikiem. Szwagier koleżanki. To znaczy, na razie umówiliśmy się, że będę mu towarzyszyć podczas jego poszukiwań. Dominik poprawia w Helsinkach swoje umiejętności graficzne. Ale żeby studiować, musi zarabiać. - Mówią, że w Helsinkach jest mnóstwo ofert pracy. Tylko ja chciałbym wiedzieć gdzie - powiedział mi z przekąsem. Oczywiście - są to oferty wyłącznie w języku fińskim. Dominikowi stuknęły dwa lata w Helsinkach, ale dopiero zaczął sobie dobrze radzić z mówieniem. Mam jeszcze kontakt do firmy handującej drobiem z Polską właśnie. Może i tam potrzebują pracowników. Kupiłam przewodnik - zaniżają ceny hoteli.

Napisali o Przystanku...

O dziennikarskim desancie na Europę zaczyna być głośno. O naszym blogu można przeczytać na m.in. na blogach dziennikarz.pl, Media Cafe Polska i brief.pl. O wyprawie mówi też TVN 24, oraz napisały serwisy medianews, Medialink.pl, Media2.pl, Wirtualnemedia.pl, prnews.pl, Mediaregionalne.pl.

Poniżej linki do artykułów, które lokalne redakcje GW napisały o swoich dziennikarzach:

  • Aleksandra Pezda
  • Marcin Sztandera
  • Karolina Łagowska
  • Jacek Kowalski
  • Agnieszka Urazińska
  • Wojciech Pelowski
16:05, redakcja
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3