Sześcioro dziennikarzy Gazety Wyborczej przez kilka dni na własnej skórze sprawdzało czy łatwo jest znaleźć pracę za granicą. Ten blog, to ich internetowy notes, o tyle niezwykły, że każdy może tu wpisać swoje komentarze, rady, uwagi. Szczegółowa relacja z dziennikarskiej misji niebawem w Gazecie Wyborczej i TVN 24
Kategorie: Wszystkie | Finlandia | Grecja | Hiszpania | Irlandia | Portugalia | Wielka Brytania
RSS
czwartek, 15 czerwca 2006
Londyn się ciągnie

Może wrócić? Wróciłem dwa tygodnie temu, a temat wcale nie zamknięty. Tym razem dotarła do mnie od znajomych propozycja pracy w środkowej Anglii. Co? Okolice budowlane, ale dokładnie jeszcze nie wypytałem. Pewne, że sieć wciąż działa)). Recepta - ślijcie sms-y, maile do znajomych: jadę, szukam pracy, mieszkania itd. Niech znajomi podają dalej. W końcu coś się trafi.

17:46, wojtek.pelowski , Wielka Brytania
Link Komentarze (17) »
czwartek, 08 czerwca 2006
Lepiej więcej zarabiać

Przypomniałem sobie dziś nastolatkę, może dwudziestolatkę, którą spotkałem na lotnisku w Balicach, wracając z Londynu. Krzyczała do swojego chłopaka (tak myślę - bo przykleiła się do niego wychodząc za bramki), że nigdy już na Wyspy nie wróci, że woli iść na studia. Ciekawe, że ma w głowie taką alternatywę: studia, albo Londyn. Ciekawe też, ilu Polaków jedno z drugim łączy.

Zapytałem Was wczoraj o chleb. Gdzie w Londynie można kupić tani polski chleb. Bo tostowy to świństwo, fakt. W komentarzach przeczytałem m.in.: 'Koszt miesiecznego utrzymania to średnio od 700 do 1000 funtow. I tyle trzeba mieć i już. Każdy sam bedzie chodził do sklepu czy supermarketu i będzie wybieral towar na jaki go stać. Mając 700 na mc starczy na mieszkanie i jedzenie. Nie robcie paranoi z pokazywaniem palcem gdzie tani chleb albo mleko, a gdzie tani ser.' - podobami się ten wpis! Nie ma co oszczędzać, lepiej więcej zarabiać))

Teraz w mojej krakowskiej redakcji czuję się trochę, jak na Soho. Jest późny wieczór, zrobiło się cieplej. Za oknem tłum, jak w dzień. Skończę ten wieczór Guinessem (w Londynie prawie trzy funty, w Krakowie - 12 zł).

23:43, wojtek.pelowski , Wielka Brytania
Link Komentarze (14) »
środa, 07 czerwca 2006
Gdzie robić zakupy w Londynie i reszta pytań

To już pan wrócił? - tak przywitał mnie wczoraj w nocy taksówkarz. Opowiadał, że sam ma syna w Londynie, jest kierowcą ciężarówki, ściągnął dziewczynę i ani myśli wracać. Ja za to teraz nie ruszam się sprzed komputera. Spisuję ten mój Londyn. Ale, jak moi gazetowi znajomi z desantu, też proszę Was o pomoc: o czym nie może zapomnieć człowiek, który do Londynu przyjeżdża pierwszy raz i szuka pracy? Gdzie może kupić najtańszy chleb? Gdzie jest niedrogi pub? Mam swoje obserwacje, ale może warto zmiksować je z Waszymi. Czekam.

18:28, wojtek.pelowski , Wielka Brytania
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 05 czerwca 2006
Czy praca w Londynie jest

O, to jednak wróciłeś?? - tak przywitano mnie w redakcji. Te żarty trochę pokazują nasze podejście do emigracji. Że TAM musi być LEPIEJ. Nie tylko INACZEJ, a LEPIEJ. Chyba powalczę z tym stereotypem w tekstach, które mam teraz przygotować. Oczywiście, nikt nie wyjeżdża dlatego, że spodziewa się GORZEJ, ale wśród Polaków w Londynie spotkałem sporo takich, którzy po prostu chcieli coś zmienić, sprawdzić nowe miejsce, siebie, otworzyć możliwości. Nasze wejscie do UE te możliwości daje. A w Londynie pracują i Francuzi, i Portugalczycy, i Czesi. Nie tylko dla kasy.

Mój niespełna tydzień w Londynie przeciągnie się pewnie na Polskę poprzez korespondencję z tymi, których tam poznałem. Pewnie parę razy jeszcze o tym tu napiszę. Przed chwilą dziennikarz TOK FM zapytał mnie, czy praca w Londynie jest. Trochę się przeraziłem, bo kiedy powiem 'jest' pojedzie tam któryś ze słuchaczy, pracy nie znajdzie i pomyśli 'bzdura'. No to powiedziałem 'jest, w pubach'. Mogłbym też dodać, że w jednym z sex-shopów na Soho też jest i w firmie od pamięci komputerowych może by się znalazła. Emigranci, co odpowiecie na pytanie, czy jest praca w Londynie?

20:54, wojtek.pelowski , Wielka Brytania
Link Komentarze (15) »
niedziela, 04 czerwca 2006
Może wrócić?
Piccadilly line stanęła dziś na kilka godzin. Niesamowite, jak namieszać w mieście może chwilowy remont jednej linii metra. Ledwie zdążyłem na lotnisko. Przy okazji zauważyłem, że stężenie naszych rodaków rośnie z dnia na dzień. Choć może to inny mechanizm. Po kilku dniach łatwiej Polaków rozpoznać: żywe reklamy na placach i skrzyżowaniach (3,5 funta za godz.), barmani (5 z kawałkiem + napiwki), kelnerki (3,5 do 6 + napiwki, sprzedawcy w sklepach (6-10), mężczyźni z popapranymi farbą spodniami w metrze (malarz pokojowy może dostać podobno kilkanaście funtów za godz.). Nikt nie musi się przedstawiać, jakoś wiadomo, że z nad Wisły. Przeszedłem dziś po polskim Londynie i nie było to na żadnym 'Hamerszmicie'. Do tego na Heathrow odprawiała mnie Polka. Za chwilę wakacje, więc to europejskie Chicago jeszcze mocniej się spolonizuje. Widać to choćby po zapowiedzich imprez - zjeżdżają polskie zespoły, kabarety. O informacje nietrudno - polskie-londyńskie gazety można dostać przy wielu stacjach metra.

Może wrócić? Na przykład do BBC, jak podpowiadaliście w kometarzach. Nie mam szans. Może do tej firmy z pamięciami komputerowymi, albo po prostu do pubu? Mogę. Ale - po co? Bo pisałem już tutaj, że pierwszym i chyba najważniejszym spostrzeżeniem przy tym wyjeździe po pracę na Wyspach było to, że najwięcej zależy od podejścia. Determinację, rezygnację, dystans czy luz do nowej emigracyjnej sytuacji życiowej widać z daleka. Ludzie jadą do Londynu z różnych powodów. Ja chciałem sprawdzić: czy jest praca, jak się jej szuka, jak szukać nie warto, kto jest zadowolony, kto potrafił się odnaleźć, jak nas widzą miejscowi. Fotograficzny skrót - kilka dni. Ale zobaczyłem tzw. swoje. O historiach, które usłyszałem będzie jeszcze okazja napisać. O

Pora spać, wróciłem. Do domu.
00:00, wojtek.pelowski , Wielka Brytania
Link Komentarze (35) »
sobota, 03 czerwca 2006
Kitchen porter może wybierać

Chyba nie będzie podsumowań. Właściwie, mogę napisać, że te kilka dni (pięć niespełna) w Londynie to początek. Dzisiejszy dzień znów mi to pokazał. Wczorajszy zresztą też. I dziś, i wczoraj miałem ustalony plan, z którego wiele nie wyszło. Ale możliwości wcale to nie zamyka. Wczoraj zamiast w sieciowej restauracji trafiłem do pubu, dziś zamiast skończonej rekrutacji, rekrutację zacząłem. 'Co pan studiował? W jakich zawodach dorabiał pan wczesniej? Czy poważnie podchodzi pan do nowej pracy? Gdzie chodzi pan na angielski?' - takie pytania padają na rozmowie. Nie mam co udawać, że nową pracę traktuję jako test.

Moja firma komputerowa była dziś jednak zbyt zajęta wewnętrznymi sprawami, żeby się mną do końca zająć i konkluzja była taka: 'proszę nam napisać więcej o sobie'. Tyle, że jutro w nocy będę już w Polsce!

Nic to, napisać mogę. Mam otwartą kolejną drogę do pracy innej niż gastronomia. Choć, szczerze, nie rozumiem rozczarowania niektórych z Was z naturalnego lądowanie Polaków w kuchniach i pubach. Praca barmana, kucharza, czy kelnera wcale nie jest zła. Na gotowaniu się nie znam, choć - myślę - kucharzowi powinno być blisko do artysty. A kelner i barman mają dobry kontakt z ludźmi. To nie tylko lanie piwa i bieganie z talerzami. Ta praca może być, jeśli ktoś lubi, sposobem na życie. W każdym razie, potrafię to sobie wyobrazić. Rozmawiałem o tym wczoraj z socjologiem, który prowadzi badania nad Polakami w Londynie. Ruszyło mnie jedno - mówił, że mamy specyficzną narodową cechę, która ustawia nas do patrzenia na emigrację, jak na wielką traumę. Że ukrzywdzeni z tobołkami znów za chlebem do obcych... A to nie tak! W Londynie sam spotkałem rodaków, którzy jadą dla zabawy, którzy chcą pożyć chwilę inaczej. Rozkręcony Londyn daje takie możliwości. Jest wybór i korzystają z niego nie tylko managerowie w dużych firmach, prawnicy, czy lekarze. Kitchen porter też korzysta (uczy się, bawi jeździ po świecie - bo i z niską pensją na coś go stać). Chyba, że nie chce. W każdym razie, to jego wybór.

Chyba mi nie wyszło - miało nie być podsumowań. Poniosło mnie w stronę uogólnień, no to kilka technicznych uwag na koniec. Zostawiając CV w pubach (kilkanaście), rozmawiałem (kilka razy) z szefami (albo właścicielami). Żeby zacząć pracę nie trzeba zatrudnienia, konta w banku, jakiegoś ubezpieczenia itd. Wystarczy polski paszport. Prześledziłem też wreszczcie dokładnie oferty pracy w polskich gazetach. Sprzątanie, budowy, konsultanci Avonu, restauracje, 'papierosy kupię'. Monotonia. Mieliście rację, pisząc jeszcze przed moim wyjazdem, żeby z dystansem podchodzić do ogłoszeń. Trochę podzwoniłem. Wszystko nieaktualne, albo numer milczał.

Wciąż też nie mogę przestać dziwić się, jak nie gubię się w tym mieście. Bo się nie gubię! Tube - London Underground, czyli metro jest tak zorganizowane i oznaczone, że trzeba wyjątkowych uzdolnień, żeby się nie połapać. Fantastyczne.

00:59, wojtek.pelowski , Wielka Brytania
Link Komentarze (21) »
piątek, 02 czerwca 2006
Dzien po pubie

5 funtow z kawalkiem za godzine do tego napiwki. Prawie wszyscy goscie to stali klienci. Podobno robia sie rozrzutni w weekendy. Ale ja przy Borrow High Street pracowalem w czwartek i nie moge powiedziec, ze to byl dzien zapowiadajacy weekend. Napiwkow nie zauwazylem. Ale popracowalem). Choc popoludnie i wieczor bylo bardziej moja nauka (kazde piwo leje sie inaczej, obsluga kasy, ceny, zmywarka itd). Wlasciciel zaznaczal, ze interes rozkreci sie na World Cup, dlatego potrzebuje ludzi. Ja musialem podziekowac za dzien proby.

Za chwile rozmowa w firmie komputerowej. Napisze wieczorem.

11:48, wojtek.pelowski , Wielka Brytania
Link Komentarze (14) »
czwartek, 01 czerwca 2006
Jedzenie nie. Za to picie!

Nie ma tego zlego. Za godz. zaczynam pierwsza prace - pub, niedaleko stacji metra Brough)). Do tego znalazlem dosc obiecujaca szkole na szlifowanie angielskiego (przy Oxford Street - jak pisaliscie, tu ich chyba najwiecej). Pierwszy tydzien za darmo, jesli sie spodoba, zostaje i place.

Nie powiem, ze zawsze chcialem byc barmanem, ale powiem 'czasem chcialem'. Ciesze sie, ze sprobuje. To ide za bar.

15:10, wojtek.pelowski , Wielka Brytania
Link Komentarze (17) »
Jedzenie jednak nie dzis

Mon, manager w 'Wagamamie', z ktorym mialem ustalona prace od 8 rano, sam dzis do pracy nie mogl przyjsc. Wiec nie zaczalem od kuchni, bo reszta o 'nowym' nic nie wiedziala. - Przyjdz jutro - uslyszalem. Ale tu problem, bo chyba jutro nie moge. Wybieram firme komputerowa (pytanie, czy tam cos komus nie wypadnie..). Ale w gazecie rozdawanej w metrze znalazlem tez oferty na budowach w Manchesterze i Edynburgu, moglbym byc kierowca vana na przyklad (12 £ za godz.) Dzwonilem, moge przyjechac na rozmowe.

Jest wiec wybor. Za to nie ma co liczyc, ze bez porzadnych przygotowan dostanie sie dobra prace od razu. Polacy ktorzy pracuja tu w bankach, sa kierownikami na budowach, lekarzami, a nawet sprzedawcami w dobrych sklepach o etat starali sie dlugo juz z Polski. Spotkalem ich sporo. Ale koniec z fachowym generalizowaniem, bo w Londynie jestem ledwie trzy dni.

10:54, wojtek.pelowski , Wielka Brytania
Link Komentarze (19) »
środa, 31 maja 2006
Zaczynam od jedzenia

Oxford Street. Do e-cafe (jak niemal wszedzie - 1£/godz.) wpadam na chwile, miedzy spotkaniami. Dzis Soho. Pochodziliem, zeby sprawdzic mozliwosci. Nie jest zle - w dwoch pubach potrzebuja barmanow (od przyszlego weekendu). Prawie wszedzie trzeba zostawic CV z namiarami. Prawie, bo kiedy o prace zapytalem w sex-shopie, uslyszalem 'can you start tomorrow?'. 5,75£/godz. Praca jako sprzedawca. Nasluchalem sie jeszcze w Polsce, ze w branzy pracuje sporo ziomali. Na Soho spotkalem 25-latka z Zielonej Gory. Opowiadal, jak robil licencjat z marketingu we Wroclawiu, potem studia magisterskie w Warszawie. Po nich praca w banku za 1000 zl z groszami. Przyjechal do Londynu, chcial pracowac w ksiegarni. Trafil do sex-shopu. - Rodzinie powiedzialem, ze robie w ksiazkach. Troche prawdy w tym jest - stwierdzil. I troche racji mial)) 

Podziekowalem za propozycje. Jutro o 8 rano mam dzien testu w 'wagamamie', niedaleko Charing Cross. To sieciowa restauracja, ale z milym klimatem. Mam sprobowac wszystkiego. Do tego manager firmy handlujacej pamieciami komputerowymi do jutra ma sie zastanowic, czy moze mnie przyjac na probe do siebie (jaka dokladnie to praca, jeszcze nie wiem - cos w okolicach magazynu i logistyki). Jest jeszcze sklep z ciuchami przy Picadilly Street - tam asystentem sprzedazy moglbym byc w przyszlym tygodniu.

Poki co, nie pomyslalem nawet o zmianie mieszkania - przychodze tam usnac, rankiem spadam. Londyn wciaga.

21:20, wojtek.pelowski , Wielka Brytania
Link Komentarze (11) »
O mitach bedzie

Polska dzielnica, sciana placzu, biedni pijani ziomale - bzdury. Tak jak smiesza mnie niektore Wasze wpisy o moich 'dramatycznych przezyciach w Londynie', tak sam dystansuje sie do wlasnych stereotypow o szukaniu tu pracy. To coraz bardziej przyjazne miasto, coraz wiecej szans i mozliwosci.

Wiec po kolei. Za to od konca). - Zwariowales?! Tu nie ma zadnej polskiej dzielnicy. Polacy sa wszedzie! Normalni i nienormalni. Ustawieni i szukajacy roboty. Ale nie zyja w gettach! - mowil mi wieczorem przy strongbowku Tony, wlasciciel dwoch pubow przy London Bridge. Pytalem go, czy Polacy przychodza do jego knajp. Przychodzą. Tony otwiera nowy pub, dla Polaków. Rusza podczas meczu Polska - Ekwador.

Polazilem po Hammersmith. Sa polskie resturacje, biura podrozy, posrednictwa pracy, dom kultury, teatr itd. Ale to nie jedyne takie miejsce! Kuba, ktory w Londynie mieszka od roku mowil mi o Hunslow. Ze tam 'scian placzu' (w praktyce to zwykla tablica ogloszen) tez jest kilka. Ktos mowil o Ealing, ktos o czym jeszcze. Takich miejsc jest wiele, bo Polakow jest coraz wiecej. Jedni stoja i z piwem czekaja na robote, inni uwijaja sie w knajpach, a jeszcze inni robia interesy, jak Anglicy, Amerykanie, czy Francuzi. Normalna sprawa. Pytanie, z jakimi oczekiwaniami sie tu przyjezdza.

Koniec filozofowania. Konkrety: zarejestrowalem sie w polskiej agencji posrednictwa pracy. Uslyszalem, ze z moimi kwalifikacjami 'jest sznasa, ale procedura musi chwile trwac'. Ile? Tydzien minimum. W razie czego, potrzebuja do roboty przy usuwaniu azbestu. Nie chce jednak. Wiec w czwartek mam dzien proby w restauracji przy Laicester Square. Jak nie wyjdzie, w piatek cos w firmie logistycznej. Nie bede pisal wiecej, poczekam.

Marcin, z ktorym jemy wlasnie lody, mowi, ze to dobry czas na szukanie pracy. Oby mial racje.

02:34, wojtek.pelowski , Wielka Brytania
Link Komentarze (20) »
wtorek, 30 maja 2006
Zaczyna sie dziac

Od momentu, w ktorym kupilem miejscowa karte telefoniczna (T-Mobile, 7 £) mam wrazenie, ze czas mi sie jakos skondensowal. To tak:

- Zadzwonilem do znajomych znajomych (lancuszek bywa dlugi). Ci podali dalej. Teraz sam odbieram telefony, umawiam sie na spotkania. Puby, firma transportowa, agencja cateringowa, jakies biuro. Wszystko jeszcze mgliste, ale obiecujace. Czesc ofert poza Londynem, wiec na razie odpuszczam.

- Slyszalem kilka historii, ktorych teraz opowiadac nie mam czasu, ale do tematu wroce (na przyklad o mieszkaniu w fordzie eskorcie, bo wychodzi najtaniej).

- Wiem, ze CV to podstawa. Nie przygotowalem wczesniej, wiec zabieram sie za niego teraz. Ci, ktorzy pracuja w pubach, mowia, ze to formalnosc i w kwicie mozna wpisac kazda bzdure, byle z numerem telefonu. Do biur trzeba sie juz mocno przygotowac.

- Przyjechalem autobusem (10) na Hammersmith. Polakow spotkalem juz po drodze, ale nie mialem czasu na gadanie - pisalem smsy, umawialem sie na spotkania. Tyle, ze nie mam pojecia, gdzie jest ten polski dom, ulica, sklepy! Chce to przynajmniej zobaczyc. Obok koncowego przystanku znalazlem duza knajpe internetowa (1£ za godz.). Wchodze, trzy dziewczyny rozmawiaja po polsku. Wiec wiem juz w ktora strone isc. Kinga z Debicy drukuje zyciorysy. Narzeka, ze nie moze niczego znalezc. Ale tym razem one nie maja czasu ze mna gadac, wychodza. W knajpie wiekszosc to obcokrajowcy. Najbardziej popularna strona - www.gumtree.com - oferty pracy, mieszkania, dentysci itd.

Ide wiec na ten europejski Green Point i Jackowo. Wreszcie zrobilo sie cieplej. Nie rozumiem jednego - juz trzy razy uslyszalem 'bon jour'. Wygladam wiec na obcokrajowca, ale dlaczego na Francuza??

14:50, wojtek.pelowski , Wielka Brytania
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 29 maja 2006
Wieczor na Caledonian
Zdazylem dzis:
  • nie spoznic sie na samolot z Krakowa,
  • spoznic sie na samolot z Zurychu do Londynu,
  • nie spoznic sie na kolejny,
  • doleciec na City,
  • kupic tygodniowego 'oystera' na trzy strefy - karte na metro i autobusy - 26 funtow (dzięki za podpowiedzi),
  • znalezc hostel i mieszkanie.
Tak wiec jestem w Londynie! Jedyna przygoda po drodze to spozniony samolot z Krakowa, przez ktory zostala mi juz tylko resztka wieczoru (choc w Anglii dzis byl dzien wolny, wiec - 'zawodowo' - stracilem niewiele). Wybralem wiec mieszkanie znajomych Polakow. Caledonian Road - tak sie ulica nazywa. Dzielnica wcale nie polska, ale obok fryzjer 'Magdalenka' i dwa polskie sklepy. Polska konkurencja jest spora, jadąc metrem polski głos słyszałem dwa razy.

Piątka mieszka w czterech pokojach (przekrój zawodowy od pubów, przez agencję nieruchomości po giełdowe ambicje). Opowiadaja, jak angielscy znajomi jednego z nich zorganizowali sobie weekend kawalerski w Krakowie. Ten, ktory wlasnie sie skonczyl, z papiezem Benedyktem. Ale bez alkoholu. Niezapomniane wrazenia)).

Dobrze. Pora wyjsc do tego miasteczka. Wroce tu, kiedy cos znajde.
22:59, wojtek.pelowski , Wielka Brytania
Link Komentarze (12) »
Trzy sprawy
  1. fkoval2, bladosso, aaa, Londyńczyk – dzięki za rady i, momentami, ciepłe słowo)).
  2. Wstępnie znalazłem i hotel, i miejsce w mieszkaniu z rodakami.
  3. To pa z Pl.
10:05, wojtek.pelowski , Wielka Brytania
Link Komentarze (9) »
niedziela, 28 maja 2006
Przed „Hamerszmitem”

Czytam, że koledzy już pierwsze koty za płoty. Ja dotrwalem do końca prohibicji w Krakowie. Wróciłem do domu przed komputer. Bilans przygotowań mam taki:

- Wysłałem kilka maili.

- Zdobyłem z 10 telefonów do znajomych znajomych, którzy w Londynie pracują.

- Zadzwoniłem do kilku z nich.

- Sprawdziłem ceny hosteli i hoteli. Nie jest tanio. Zresztą, co ja piszę! Jest nieprzyzwoicie drogo!!! Coś tam sobie zaklepałem na początek.

- Dowiedziałem się, że polska dzielnica to okolice „Hamerszmitu”. Tam są polskie sklepy, dom kultury, szkoły językowe. Choć tych ostatnich podobno więcej na Oxford Street.

- Dodałem kilka nowych produktów do listy zakupów.

- Wiem już, że najwygodniej będzie mi kupić travelcard - zones 1&2&3.

Spadam się pakować.

Piszcie.

A, czy na lotnisko London City jeździ metro?

22:37, wojtek.pelowski , Wielka Brytania
Link Komentarze (6) »
sobota, 27 maja 2006
Miso soup z glonami

Jeszcze dwa dni tu. Zaczynam się rozglądać: internet, znajomi. Mam już kilka wskazówek:

Bartek: - Tylko nie wejdź w towarzystwo tych wszystkich nieudaczników, którzy nie mówią słowa po angielsku, pracują za parę funtów tygodniowo, a połowę tego, co uciułają, przepiją. Ścianę płaczu omijaj. Pracuj z miejscowymi, więcej zarobisz, wyszlifujesz angielski.

Jacek: - Wysyłaj CV już stąd, jak najwięcej. Niczego nie tracisz, a masz szansę trafić na gotowe. A kiedy jedziesz? Poniedziałek… A, to chyba nie masz po co wysyłać.

Marcin: - U nas pod koniec sierpnia będzie wolny etat asystenta menedżera sprzedaży. To pracownia architektoniczna, miałeś coś wspólnego z architekturą? Chcesz jechać już? No… będzie kłopot.

Agnieszka: - Wygodne buty, albo internet. Gazet nawet nie czytaj. Nie ma aktualnych ofert. Wszystko przebrane. A Polaków jest tylu, że na pewno nie zadzwonisz pierwszy. Nastaw się na łażenie po pubach.

Kinga: - Nie wierzę, że od razu znajdziesz coś ciekawego. Lepiej wymyśl, jak się wykręcić. Nie możesz już?! W Londynie najważniejsze jest doświadczenie. I to nie takie, że powiesz ‘pracowałem w pubie w Krakowie’, albo ‘jestem dziennikarzem z Polski’. Na nikim nie zrobi to wrażenia, zapomnij! Oni potrzebują ludzi z doświadczeniem w Anglii. Weź dobry krem do rąk. Na zmywaku dłonie zniszczysz w jedno popołudnie.

Bartek: - Przy Piccadilly Circus jest Japan Center. Kup mi miso soup (instant) z glonami. Ale, pamiętaj, not spicy!

No. To były rady tych, do których zadzwoniłem wczoraj wieczorem i dziś rano. Dopiszcie swoje, proszę.

Teraz przeglądam prognozę pogody w Londynie: leje i trochę chłodniej niż w Krakowie. Jeszcze się nie denerwuję. Może dlatego, że wreszcie się wyspałem. Wieczorem poszukam jakiegoś miejsca do spania na Wyspach i chyba powysyłam parę zapytań o pracę. I pójdę zdjąć sim-locka z komórki. W Londynie kupię sobie kartę. Taki mam plan.

13:17, wojtek.pelowski , Wielka Brytania
Link Komentarze (11) »
piątek, 26 maja 2006
Prawie jak Londyn

To szyld na sklepie w Krakowie. Zdjęcie zrobiłem przed chwilą aparatem w telefonie, a obok kupiłem bilety do Londynu). Wcale nie w tanich liniach - nie było miejsc, albo bardzo drogie. W Krakowie za moment wyląduje Benedykt XVI. Chyba też nie tanimi liniami, ale pielgrzymi jakoś i odlecieć muszą. Wiec z biletami kiepsko. Ja startuję w poniedzialek, przez Zurich.

Póki co, idę na spotkanie z kolegą, ktory z Londynu niedawno wrócił. Na kawę, bo w Krakowie prohibicja.


19:38, wojtek.pelowski , Wielka Brytania
Link Komentarze (4) »
czwartek, 25 maja 2006
Tam, gdzie pracuje już połowa Polski

Londyn był dla mnie dotąd przystankiem. Znam lotniska: w drodze do Hongkongu, Miami i Quito przesiadałem się na Heathrow. Moloch. A do Lusaki w Zambii leciałem przez Gatwick. Drugi moloch. Bywało, że przystanek z lotniska przenosiłem na Soho, spotykając znajomych, których w Londynie ma już chyba co drugi Polak.

Dziś znajomym z Londynu mam być ja.

Dotąd podróżowanie po świecie organizowałem jako wakacje połączone z reportażami do „Gazety”. Nie zastanawiałem się nad własnymi kwalifikacjami przed podróżami, bo nie było po co. Zastanawiam się w tej chwili. Skończyłem filozofię i ekonomię. W „Wyborczej” pracuję od pięciu lat. Piszę o polityce, samorządzie i gospodarce. Na co dzień w Krakowie. Mówię po rosyjsku, po angielsku się dogaduję, więc w Londynie chcę nauczyć się mówić zupełnie poprawnie.

Mam wiec dziś znaleźć i pracę, i szkołę.

Jeszcze tu wrócę.

20:46, wojtek.pelowski , Wielka Brytania
Link Komentarze (9) »