Sześcioro dziennikarzy Gazety Wyborczej przez kilka dni na własnej skórze sprawdzało czy łatwo jest znaleźć pracę za granicą. Ten blog, to ich internetowy notes, o tyle niezwykły, że każdy może tu wpisać swoje komentarze, rady, uwagi. Szczegółowa relacja z dziennikarskiej misji niebawem w Gazecie Wyborczej i TVN 24
poniedziałek, 12 czerwca 2006
Mecz a sprawa dublińsko-polska
Sobota rano. Budzi mnie pikanie telefonu. Od godziny 8 do 11 odbieram 6 SMS-ów od Polaków, ktorych poznałem w Dublinie. Ania pisze: ”Jak humory po meczu? Tutaj wszyscy w naszych barwach kibicowali w pabach, ale widać bezskutecznie”. Grzesiek: ”Myślałem, że wyjdę z siebie. Ale na środę też szykuję sobie flagę i idę do pubu. Polska ponad wszystko!”.
Z opowieści i maili wiem, że puby - nie tylko polskie - były w piątek biało-czerwone. I że porażka, choć bolała tak samo jak nas w Polsce, jeszcze bardziej połączyła Polaków z Dublina z tymi wszystkimi, którzy zostali w  kraju. Mail od Tomasza: ”Irlandczycy, których znam, też kibicowali Polsce. Bo nie ma Irlandczyka, który nie znałby Polaka, lub nie miał znajomego, który nie pracuje/mieszka/zna się z Polakami. Nawet, gdyby Irlandia grała w Mundialu, niewiele by to zmieniło: wielu z tubylców kibicowało by na przemian Irlandii i Polsce”.
Szkoda, że nie mam zdjęć z pubów tego dnia. Może ktos życzliwy przysłałby
10:31, jacek-kowalski , Irlandia
Link Komentarze (12) »
piątek, 09 czerwca 2006
Jak rzucić palenie w Dublinie
Pierwszego dnia pobytu z dużym zdziwieniem odnotowałem, że Polacy przyjeżdżający z kraju targają kartony polskich papierosów. ”Po co” - myślałem sobie - ”skoro i tak na miejscu jest tego w bród”? Z początku posądzałem ich o skąpstwo, ale potem zobaczyłem ceny.
Ceny papierosów w Irlandii potrafią skutecznie odzwyczaić od palenia najzatwardzialszych palaczy. 6,5 - 7 euro za paczkę (przeliczmy: euro razy cztery zł) to mocny cios. Nawet dla Irlandczyków, jak sądzę, ponieważ są w obrocie paczki papierosów tańszych, po trzy euro z groszami - ale za to po dziesięć sztuk. Praktyczne i oszczędne.
Jest jeszcze jedno: absolutny zakaz palenia w lokalach. Z początku dla palących to koszmar: muszą wychodzić z pubów i tam popalać. Ale potem nawet oni (niektórzy, co prawda) doceniają jakość zabawy w niezadymionym pomieszczeniu.
Jak dla mnie - bardzo fajny pomysł. Chociaż dla Polaków pewnie zbyt kontrowersyjny, by wprowadzić go u nas.

12:11, jacek-kowalski , Irlandia
Link Komentarze (5) »
środa, 07 czerwca 2006
A teraz dwa słowa o cwaniakach w Irlandii

Wy wszyscy, którzy wybieracie się do Dublina w poszukiwaniu pracy: uważajcie na polsich cwaniaków!!!

Cwaniak to ten osobnik, który zaczepia cię - mówiącego po polsku - w centrum miasta i proponuje pracę. Że niby załatwi, pomoże. Ale musisz mu oddać całą swoją pierwszą tygodniówkę. Unikaj jak ognia.

Cwaniak to także ten, kto mówi do ciebie: pokażę ci patent na darmowe dzwonienie do Polski z budki telefonicznej, ale to cię będzie kosztowało 20 euro. Zmykaj przed takim, gdzie pieprz rośnie.

Cwaniak to ludzik, który - korzystając z tego, że jesteście także Polakami - chce was naciągnąć na kilka euro, ”bo mu do fajek zabrakło, a ty jesteś swój - coooo! rodaka nie wspomożesz na obczyźnie?”.

Oraz ten, kto chce spać w twoim domu, opłacanym za ciężko zarobione euro, za zupełną darmochę ”bo mu ciężko”. OK, są tacy, którym ciężko - niech śpią w waszych domach, ale to wy musicie ich zaprosić, od was musi wyjść inicjatywa darmowego noclego do czasu znalezienia pracy.

Cwaniak to także pan (rzadziej pani), bluzgający k....mi na ulicy i zgrywający twardziela przed każdym, kto właśnie przyjechał do Dublina. Ich także omijajcie.

Na razie jeszcze Polacy kojarzą się Dublińczykom dobrze. Są pracowici, uczciwi. Oby tylko rzesza cwaniaczków nie popsuła tego wrażenia.

12:49, jacek-kowalski , Irlandia
Link Komentarze (4) »
O co chodzi z tymi kaczkami?
Zanim wyjechałem do Polski, w sobotni wieczór widziałem na rzece całe mnóstwo żółtych, gumowych kaczuszek. takich do kąpieli. Czy ktoś wie, o co chodzi? Zamieszczam zdjęcie poniżej - słabe, bo z telefonu.

12:44, jacek-kowalski , Irlandia
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 05 czerwca 2006
PS., czyli pisane z PolSki

Byłeś w Irlandii i co? - mógłby ktoś zapytać.

Ano: i jestem bogatszy o doświadczenia; i furda moje doświadczenia: otóż to bogactwo zdobywałem dla Was (bez kąśliwych komentarzy, proszę ;) ).

Słuchajcie: nie jest lekko o pracę w Dublinie. Wybierając się tam weźcie trochę pieniędzy, licząc się z tym, że będziecie musieli jakiś czas pochodzić za robotą. Nauczcie się porządnie angielskiego - nie ma co liczyć na cuda. No i pozałatwiajcie wszystjkie formalności na miejscu: zarejestrujcie się, poodprowadzajcie potem podatki. Nie warto pracować na czarno. I dobrze uwazajcie, w jaki układ wchodzicie: jeśli ktoś oferuje Wam pracę, ale pod warunkiem, że oddacie mu swoją tygodniówkę, albo pod warunkiem np. tygodniowej pracy za darmo - to jeśli nie jesteście zdesperowani, nie korzystajcie.

A na koniec - chwila wspomnień ze słonecznego Dublina.


To nie relaks - to praca w Adapt Security Ltd.

Pozdrawiam z zachmurzonej (stosunkowo) Polski wszystkich życzliwych mi polskich mieszkańców Dublina: szczególne dzięki dla Grzegorza, Ani, Oli, Sylwii, Marty i Bożeny.

15:36, jacek-kowalski , Irlandia
Link Komentarze (7) »
piątek, 02 czerwca 2006
Malutkie podsumowanie po upalnym (wyjatkowo podobno) piatku, kiedy to Dublinczycy juz zaczeli swietowac

Ostatni dzien pracy jako ochroniarz. Czas na podsumowania:

  • z kilkunastu CV jakie roznioslem po firmach nie ma nic - nikt nie oddzwonil; podobno tutaj trzeba to robic tak, ze sie zaniesie raz, a potem raz w tygodniu sie ich sprawdza
  • z obiecanej pracy (tzn. "przyjdz jutro, zobaczymy co da sie zrobic") w sklepie Inferno (wlasciciel: Niemiec, ale zatrudnia tez Polakow) nie wyszlo nic - z tego wniosek, ze trzeba bylo chodzic do upadlego tam; ja nie mialem czasu, bo pracowalem jako ochrona w sklepach
  • jesli bylbym tu dluzej, na pewno dostalbym numer PPS i prace latwiej byloby znalezc; jestem tylko do niedzieli - nie zdazylem otrzymac tego magicznego numeru;
  • zageszczenie Polakow na metr kwadratowy Dublina powieksza sie z kazdym dniem - ponoc w czasie wakacji ma tu przyjechac kilkadziesiat tysiecy ludzi do roboty, wiec jesli teraz jest ciezko o prace - latem bedzie bardzo bardzo ciezko
  • pytanie znajomych (swiezo poznanych lub dluzej znanych) o robote ("czy nie znasz kogos... czy nie wiesz, gdzie jest miejsce...") naprawde poplaca: tu nie chodzi o cwanakowate zalatwianie roboty, tu chodzi raczej o nieustanne szukanie zajecia na wszystkie sposoby, a etn jest bardzo dobry;
  • nie wstydz sie swojej pracy - tak jak te dwie studentki, ktore dzisiaj poznalem - rozdawaly ulotki na ulicy niedaleko szpili, o tresci "tansze rozmowy z Polska"; wyobrazcie sobie: sa tu od dwoch dni dopiero, a juz dosatja 10 euro za godzine takiej pracy!!! i sie wstydza jej - nie wiem, co o tym sadzic, ale ja bym sie nie wstydzil (aha: robota znaleziona przez znajomego);
  • Polacy, ktorzy wstydza sie kupowac w Tesco daleko nie zajda (znam takich - nie pojda, bo Dublinczycy podobno - ich zdaniem - nie chodza ta kupowac, wiec wstyd): sluchajcie, w Tesco jest naprawde tanio i nie ma sie czego wstydzic - moja nowa znajoma, wysoko postawiona z duza pensja, zarzadzajaca zasobami ludzkimi ;))) kupuje tam, bo po prostu jest ekonomicznie; sam czesto chodze do Tesco w Jervis C.wiec mam porownainie np. z Lidlem czy Aldikiem
  • Gosc, ktory pytal mnie o to, czy moze pracowac na moim miejscu: niestety nie, firma juz kogos przyjela i zaczyna od wtorku

To tyle tych podsumowan na goraco. Przyjdzie czas i na glebsza refleksje - a wszystkim, ktorym nie podoba sie moje pisanie (ze splycam temat, ze po lebkach) odpowiadam oficjalnie: blog to notatnik na goraco, tutaj dajemy tylko 1/5 tego, co widzimy, przezywamy notujemy; wkrotce przyjdzie czas i na cos wiecej - zapewniam was ;)

PS. Z powodu trzech wolnych dni wszystkie puby juz pelne, wszystkie hotele, hostele i B&B przezywaja najazd. jesli sie tu wybieracie, a nie zarezerwowaliscie wczesniej miejsc - dajcie spokoj, nie znajdziecie juz nic.

20:52, jacek-kowalski , Irlandia
Link Komentarze (25) »
Bonus ;)


Poniewaz prace zaczynam o godz. 12. czasu irlandzkiego (13. warszawskiego), wrzucam malenki bonusik - sklep, przy ktorym stoje. Oczywiscie zdjecie marne, bo zrobione telefonem. Moze dzisiaj uda sie zrobic cos lepszego.

12:16, jacek-kowalski , Irlandia
Link Komentarze (26) »
Dzis ostatni dzien na bramce

Na poczatek slowo wyjasnienia: wczoraj wieczorem, gdy skonczylem prace (nie tylko na bramce, ale jeszcze reporterska) kawiarenki internetowe po prostu pekaly w szwach. Nigdzie ani skraweczka miejsca, ani kawalka komputera ;) Po godzinie poszukiwan odpuscilem i poszedlem spac. Za to dzisiaj rano - pusto jak w bebenku ;)

Kevin powiedzial mi wczoraj nareszcie, ze podczas dni testowych jesli cokolwiek sie stanie (np. napadna na sklep, albo znajde w kieszeniach taxy), to on nie ponosi odpowiedzialnosci. Tylko ja. Kolega, ktory pracuje dluzej, wytlumaczyl mi, ze tak naprawde gdybym nawet dostal te robote to i tak np. w przypadku taxow (plastikowe duze klipsy dolaczone do odziezy; piszcza jak chcesz wyniesc ciucha za bramke) cala odpowiedzialnosc spada na ochroniarza. Taka robota. Totez codziennie rano trzeba sprawdzic wszystkie kieszenie w odziezy na wieszakach, jesli staje sie na bramce z ciuchami (przyszedlem wczoraj wzglednie rano, wiec na mnie to spadlo). Dlaczego kieszenie, nie musze chyba tlumaczyc: spryciarze odrywaja taxy i wrzucaja do kieszeni odziezy na wieszakach, a potem spokojnie ktadna - nic juz nie zapiszczy na bramce.

Kto kradnie? Tak naprawde - jak slysze - to wcale nie przybysze z Polski, Rosjii czy Azji. Kradna Irlandczycy. Najczesciej zdarza sie to na sklepach z alkoholem, z ciuchami rzadziej. Takze dobra wiadomosc: Polak nie kojarzy sie tutaj ze zlodziejem ;) Za to kojarzy sie z ciezka robota i wytrwalym szukaniem tejze. Gdy dzisiaj na rececji wyszlo na jaw, ze jestem dziennikarzem i pisze o Polakach pracujacych tutaj, wszyscy poklepywali mnie po ramieniu i wznosili kciuki do gory. Bo tak naprawde my napedzamy im gospodarke.

Sluchajcie, jak juz tutaj przyjedziecie omijajcie szerokim lukiem cos, co sie nazywa pudding - niewazne, czarny czy bialy. To nic innego, jak nasza kaszanka tylko podle zrobiona i smakujaca ohydnie. Nie jedzcie tez tych ich kielbasek - nie da sie przelknac. Naprawde dobrze i tanio (jak na irlandzkie  warunki) mozna zjesc przy Parnell St., niedaleko Zagloby - tam jest ciag chinskich i wietnamskich knajpek, gdzie za 6,80 zjadlem wczoraj ogromny talerz ryzu z duza iloscia miesa zmazonego w miodzie; do tego warzywa. Starczy jeden taki posilek na dzien - wierzcie mi; dalej mozna przepekac na lukozadzie i batoniku. ;)

Dzis wreszcie zamieszcze zdjecia - na poczatek z FAS przy Jervis St. Tam ludzie szukaja pracy, o czym pisalem szerzej w jednym z poprzednich wpisow.

I jeszcze jedno - tym razem z wnetrza:

Pozdrawiam i zmykam do roboty.

10:04, jacek-kowalski , Irlandia
Link Komentarze (16) »
środa, 31 maja 2006
Dublin, dzien czwarty

Rano zadzwonil Kevin - menadzer - i powiedzial, ze mam na jedensta byc znowu w Ilacu. Stanie na branmce, pilnowanie,c zy ktos nie kradnie. Postalem ze cztery - piec godzin i znowu telefon: za chwile tos mnie zmieni, moge isc do domu. Zapytalem, czy to znaczy, ze jestem zwolniony. Powiedzial, ze nie. Jutro kolejny test day - znow od 11.

Spotkalem dzisiaj na Dame St. dziewczyne z Opola (pozdrawiam, Zuzka ;) ). Przyjechala z zamiarem znalezienia pracy w kilka tygodni, i to jest rozsadny termin przy tej ilosci Polakow i cudzoziemcow w ogole. Rozmawialem tez z ludzmi, ktorzy prace w Dublinie znajdowali przed piecioma laty. Mowia: nie bylo lzej, ale za to bylo mniej Polakow, wiekszy wybor, wieksze zapotrzebowanie np. na tlumaczy w szkolach dla cudzoziemcow czy szczegolnego rodzaju operki. Nie zazdroszcza nowym emigrantom, ale tez im nie wspolczuja. Swoje przeszli, dzisi zyja na poludniowej, bogatszej czesci Dublina.

Tyle na dzisiaj. Pozdrawiam i jeszcze raz: wiwat Lukozade, wiwat batoniki. Tej energii nie mozna przecenic - czy szukajac pracy, czy juz nawet pracujac.

20:49, jacek-kowalski , Irlandia
Link Komentarze (32) »
wtorek, 30 maja 2006
Moj pierwszy dzien w pracy, czyli nog nie czuje

Naprawde - nie jest latwo. Tu, w Dublinie nie jest tak, ze wchodzisz gdzie chcesz i masz prace. Podkreslam to z cala sila. Trzeba sie nachodzic, nastac, nabiegac. Trzeba byc cierpliwym jak starzy mistrzowie zen, nosic CV od pracodawcy do pracodawcy - nie ma eldorado. Powtyarzam: musisz miec PPS, czyli numer ewidencyjny, musisz miec kupe CV, musisz miec zameldowanie. Jesli nie masz zameldowania - popros kogos, u kogo mieszkasz, zeby dal ci list poreczajacy i ostatni oplacony rachunek; to zwykle wystarcza. Jest to odkrycie (prosze dublinczykow, zeby sie nie naigrywali) ktore dzisiaj poczynilem. Zatem przyjezdzajac na zielona wyspe musisz wiedziec, ze minie przynajmniej tydzien, zanim znajdziesz robote.

Co grozi za prace bez PPS? 40-procentowy podatek. Zamiast 20-procentowego. Naprawde, nie oplaca sie kombinowac. Slyszalem, ze niektorzy radza sobie jeszcze inaczej: melduja sie w hostelach, gdzie pracuja Polacy i od nich za tygodniowke (tak, tak - zycie to nie bajka) wyciagaja zaswiadczenia o rzekomym zameldowaniu w tymze hostelu.

Mimo braku PPS udalo mi sie dzisiaj znalezc prace - jestem ochroniarzem w firmie, ktorej nazwy ze zmeczenia nie pamietam ;) Ludzie z niej stoja w rozmaitych sklepach; ja dzisiaj stalem w Ilac przy sklepie z odzieza. Bo moj angielski jest tylko momentami fluen, a przewaznie basic. No i ten numer. |Totez pracuje na krotko, w ramach test day (dzien testowy), i bez zaplaty. Taki test day w przypadku niektorych to nawet tydzien: z tym, ze wtedy umawiaja sie z pracodawca na jakas mniejsza, ale zawsze przeciez - zaplate.

Poznalem tez dzisiaj ludzi, ktorym udalo sie w Irlandii osiagnac bardzo wiele. Mlodzi, zdolni, ambitni, z dobra i dobrze platna posada. O nich - jutro.

Coz, wiem na pewno: po dwoch dniach chodzenia za praca, po kilku godzinach stania w sklepie - czlowiek leci z nog. Czas wracac do domu - czyli hostelu.

PS. Zapytalem dzisiaj Ole, dziewczyne, ktora jest tutaj od pieciu lat i radzi sobie naprawde bardzo dobrze, jakich piec rad udzielilaby tym, ktorzy dopiero startuja w Dublinie. Powiedziala: -Jacek, po pierwsze musza wiedziec, po co przyjezdzaja tutaj. To podstawa. Po drugie musza byc uparci i cierpliwi - nic tu nie przychodzi od razu. Po trzecie - niech zaopatrza sie w dobre, wygodne buty i ciepla kurtke, to sie przyda przy chodzeniu za robota. Po czwarte - mocna glowa do alkoholu; to nie zart - tutaj wiele interesow zalatwia sie w pubie, a weekend zaczyna sie w czwartek. Wreszcie po piate - niech nie przeliczaja euro na zlotowki. To nie ma sensu, a utrudnia zycie.

Wierzcie Jej - wie co mowi. Olu - dziekuje za krotki kurs obslugi Irlandii, Dublina i Irlandczykow z obu stron rzeki ;))

22:49, jacek-kowalski , Irlandia
Link Komentarze (33) »
poniedziałek, 29 maja 2006
Pierwszy dzien i juz cos, czyli wiwat FAS

Glowa peka, kregoslup odmawia posluszenstwa - taki bilans pierwszego dnia szukania pracy. I - pewna oferta, ktora byc moze sie zisci juz jutro. Trafnie powiedziane: chcesz miec prace w Dublinie - kup wygodne buty ;) . Ale po kolei.

Zanim odkrylem FAS, czyli po prostu panstwowe biuro posrednictwa pracy (bo sa i prywatne, tez niezle prosperujace - o nich jutro) nalazilem sie po Dublinie jak glupi. Szukalem w sklepach kartek z informacja, ze szuka sie kogos do pracy. Ale takich kartek w Dublinie juz nie ma. Bo jest za to tutaj 120 tys. Polakow z numerami PPS - czyli po prostu zewidencjonowanych - ktorzy wszystkie takie oferty wylapali. Pozostaje lazenie i pytanie: sklep od sklepu, biuro od biura. Pozostaje tez Polska Gazeta - centrum polskosci w miescie (oprocz kosciola Dominikanow i... pubu Zagloba). Zaczalem od Polskiej Gazety - mnostwo ogloszen, ale w przewazajacej mierze szukaja inzynierow. Odpadam, bom humanista;) Okolo poludnia, po zlezeniu polowy Dublina, zyczliwy Polak podpowiedzial mi pojscie do FAS.

FAS-ow w miescie jest kilka. Ja bylem w tym na Jervis St. - od Henry St. (przy wielkim pomniku szpili) w Mary St. i od niej w bok. I juz. W FAS trzeba sie zarejestrowac (wtedy jest wiecej mozliwosci). Przemila pani wziela ode mnie namiary (0 euro), spytala, czy chce tlumacza (nie chcialem). Potem moglem skorzystac z jednego z kilku komputerow (kolejne 0 euro), znalezc interesujace mnie oferty i wydrukowac je na miejscu (nastepne 0 euro), a nawet za darmo zadzwonic do potencjalnego pracodawcy. Polecam wszystkim na poczatek - jesli nie ma sie numeru ewidencyjnego PPS i nie jest sie zameldowanym (o tym szerzej jutro).

Zadzownilem, poszedlem, kazali przyjsc jutro. Moze bedzie robota. jaka - tego nie powiem na razie, zeby nie zapeszyc. W kazdym razie z Polskim Sklepem dalem spokoj: za duza latwizna.

Z cyklu dublinskie zdziwienia:

  • nie wiem, czy pisalem juz o tych ich gniazdkach z trzema bolcami: nijak nie pasuje tak normalna wtyczka, z dwoma; ROZWIAZANIE podpowiedzieli mi Polacy (rodak potrafi;) ): trzeba dlugopisem zablokowac gorna dziurke i mozna juz sie podlaczac; OSZCZEDZAMY ok. 3 euro na wtyczke adaptujaca (jeszcze euro i jest na guinnessa ;) )
  • Irlandczycy przy umywalkach maja dwa krany: jeden z goraca, drugi z zimna woda; jako czlek gleboce niedomyslny przez dobe nie moglem zaskoczyc, ze to dla oszczednosci: trzeba zatkac zlew i zmieszac wode z obu kranow i juz
  • moje odkrycie - Lukozade - energetyczny napoj z glukoza; pomaga biegac po miescie w poszukiwaniu roboty i jest tanszy od kawy; wszedze w sklepach tego pelno, ale UWAGA: ceny sa rozmaite: przyzwoita to ta ok. 1 euro, nieprzywzwoita - ok. 2 euro; blisko Gardineer St. znalazlem sklepik, gdzie jest na to promocja - 55 centow; UWAGA NR 2: nie kupowac oryginalnego smaku - nie da sie pic ;)) lepiej kupic cytrynowy
  • radze szerokim lukiem omijac to, co nazwyaja tutaj eufemistycznie mlekiem - jakies zmienione chemicznie swinstwo, ktorego nie da sie pic. UWAGA: Nie ma wyjatkow od tej reguly ;)

Tyle na dzisiaj. Pozdrawiam Polakow w Polsce i w Irlandii

Do jutra

21:09, jacek-kowalski , Irlandia
Link Komentarze (32) »
niedziela, 28 maja 2006
Wasz człowiek w Dublinie, czyli pisane na gorąco
No to jestem - od czterech godzin. I tak średnio przypada mi jedna nowa znajomość na godzinę - mowa o Polakach. No cóż - to nie przesada: język polski rzeczywiście w Dublinie słyszy się na każdym kroku. Mam też jedną propozycję pracy, ale o tym jutro - zobaczymy, jak się to uda zrealizować.
Jestem trochę zmęczony, nie ukrywam. Więc dzisiaj garść wrażeń na gorąco:
  • Henry St. - przepiękna; można się zagubić łażąc po tej ulicy
  • Igła - pierwszorzędna ;) (dla nie-dublińczyków: mówię o pewnym pomniku; jak opanuję technikę wrzucania zdjęć do netu, pokażę wam)
  • dzieki Bogu za Burger Kinga ;))
  • sklepy - mimo niedzieli - otwarte jeszcze o tej godzinie (jest 17.50)
  • polskie sklepy, polski język, polskie biuro podroży - to normalka
  • polskie jedzenie leży w sklepach z azjatyckimi przysmakami - to mi ciekawostka ;)
  • DROGO jak ch...era: hamburger prawie 4 euro, napój 1,70, a jak ktoś jest jeleniem i nie nosi długopisu, to mu wlepią z logo Guinnessa za 3 euro ;)
Moi Drodzy - tyle na dzisiaj, bo lecę z nog. Dzięki PLL Lot doleciałem bez przeszkód. Dzięki Damianowi (naprawdę dzięki, Damian ;) ) dojechałem bez przygód do Centrum. Dzięki Darkowi (ogromne dzięki Daras ;)) ) znalazłem nocleg w hotelu z przyzwoitymi cenami, a dzięki Monice (serdeczne ukłony) chyba prawie mam juz robotę.
Naprawdę: wybaczcie. Umieram. Dublin jest cudowny, ale wykańcza człowieka, toteż z żalem zamykam dzisiejszy wpis. Choć pisać byłoby o czym jeszcze długo.
Do jutra
Jacek
19:04, jacek-kowalski , Irlandia
Link Komentarze (27) »
sobota, 27 maja 2006
Trochę madrzejszy - liczę godziny do odlotu

Ostatnie kilkanaście godzin do odlotu. Jutro o 10.45 startuję z Okęcia. No właśnie - z Okęcia i Lotem na dodatek, bo okazuje się, że te całe tanie linie to jakaś lipa. Już spakowany, już gotowy. I mądrzejszy o te kilkadziesiąt godzin. Wypełnionych rozmowami, czytaniem blogów ludzi z Dublina (dzięki Szczura ;) ). Mam już też prawie gdzie spać. Prawie - bo sprawdziłem online hostel Isaak - są miejsca. No ale nie zaklepałem sobie łóżka, bo nie ma jak przygoda ;)) Mam nadzieję spędzić jutro uroczych kilka godzin na O'Connel Street. I na pewno trafię na Essex St. żeby znaleźć TEN bar, w którym debiutował Bono z kolegami. To będzie moja niedziela - bo w poniedziałek od rana śmigam po Evening Herald i szukam ogłoszeń o pracy. Plan jest taki: ze cztery godziny sprawdzam co z ogłoszeń można wychwycić, następne cztery godziny (jeśli nic nie znajdę) łażę i szukam po mieście. Zobaczymy, jak to wypali w praktyce.

Podobno w Irlandii straszna drożyzna. Prawda? Napiszcie, ile co kosztuje. Jakiś chlebek, mleko - no i Guinness z kija ;) Słyszałem też, że można spokojnie wyżywić się w Aldiku (ponoć sporo Polaków tak właśnie robi). Jeśli tak - to gdzie go szukać?

Do zobaczenia na bruku zdeptanym przez Bono i Joyce'a ;)

Jacek

PS. Dzieci pytają, czy wrócę z tej Irlandii. Żona jakoś nie pyta ;) 

19:07, jacek-kowalski , Irlandia
Link Komentarze (12) »
piątek, 26 maja 2006
Odliczam i szukam
Tak więc pomalutku trzeba zacząć myśleć po irlandzku. Do niedzieli zostało już naprawdę baaaardzo mało czasu. Łapię więc rano za guzik kumpla, który pół roku mieszkał w Dublinie i - węsząc łatwiznę - przypieram do muru. Gdzie iśc, co zwiedzić, gdzie szukać pracy, co jeść - bo co pić, to wiadomo. - Ach Dublin, słodki Dublin - rozmarza się Waldek. - Ja ci zaraz wszystko opowiem. Więc musisz koniecdznie iść na... i zobaczyć..... oraz.....
I tak przez pół godziny - a ja zamiast nazw słyszę jakieś bla-bla-bla.
Nic mi to nie mówi.
Pozostaje internet. Ale to nudne. Po spisaniu sześciu - siedmiu adresów rezygnuję. Pójdę na żywioł. To, co mam - musi wystarczyć. reszta zobaczy się na miejscu. jak mawiał Szwejk: jak tam było, tak tam było, zawsze jakoś było. Jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było.
Przejdę się po Dublinie, rozejrzę, zagadam - i na pewno sobie poradzę.
Pytanie tylko, gdzie chciałbym pracować. Bo jak ktoś całe życie pisze, to za bardzo nie nadaje się do czego innego ;) No nie, przesadziłem. Parę razy pracowałem fizycznie: zbieracz jabłek-gruszek (odpada), pomywacz (hmm...?), goniec - listonosz i pakowacz. Myślę sobie, że rzeczywiście zacznę od przejścia się ulicami i poczytania ogłoszeń: kogo i w jakim charakterze potrzebują. Jak tak nie da rady, znajdzie się inny sposób.

PS. A cóż to za maksymalnie wypasione lody? Jakaś specjalność dublińska?

Ile to kosztuje i gdzie się to dostaje?:) Dublinerzy - ratunku!!!! ;))
19:51, jacek-kowalski , Irlandia
Link Komentarze (12) »
czwartek, 25 maja 2006
Wieczorkiem, przy kawie...

No dobra - przyznaję: siedzę i myślę już od godziny o wyjeździe do Dublina, a moje swobodne myślenie stopniowo przechodzi w czarnowidztwo; od kilkunastu minut jadę na nutę " naprawdę-będzie-źle".

Ja, urodzony optymista - wyobrażacie to sobie? ;)

Wątpliwości.

Bo: czy mój angielski jest na tyle dobry, żeby się dogadać? I czy Irlandczycy nie będą patrzyli na mnie jak na policjanta z Allo Allo (tego od "dziń dybry")? Czy znajdę pracę? Czy nie zgubię się w biały dzień na środku Dublina? A zgubiwszy się, czy znajdę drogę do hotelu z moim "dziń dybry"? I tak dalej. No po prostu just like a woman ;)

Naturalnie żona mnie pociesza, przypominając, że gubię się nawet na swoim osiedlu idąc rano po bułki, więc powinienem przywyknąć, ale jakoś ta pociecha słabą mi się wydawa.....

Gdyby ktoś z Was, żyjących i pracujacych w Dublinie od jakiegoś czasu, mógł dodać mi otuchy dając jakieś konkretne wskazówki co do pierwszych kroków w Dublinie, byłbym wdzięczny.

Do zobaczenia u brzegów An Life ;)

Jacek

PS. Dlaczego wszystkie moje Koleżanki i Koledzy z tego bloga samobiczują się, podając wiek? Czy to konieczne? Pewnie tak. No dobra, niechętnie przyznaję się: jestem stary - mam 33 lata; pamiętam dobrze Gierka, kartki na czekoladę i pomarańcze kisnące w portach przed świętami Bożego Narodzenia. A banana, panie dziejaszku, banana to za moich czasów dzieliło się na pięć części i jadło na raty. Jak już się banan ten trafił w sklepie oczywiście - a trafiał się raz na kwartał... Taaaa... Stary jestem... ;))

j.

22:41, jacek-kowalski , Irlandia
Link Komentarze (9) »
Zanim wyruszę, czyli od dawna już jest mi zielono
17 marca 1996 roku urodził się mój pierwszy syn. Byłem wówczas w Poznaniu, uczestnicząc w - powiedzmy eufemistycznie - zabawie z okazji Dnia św. Patryka. Kto z Poznania, ten zrozumie o czym mówię ;) . Wtedy po raz pierwszy z moim życiem splotła się Irlandia: bo przecież 17 marca to Jej święto. Ale nie był to ostatni raz: jeszcze randki przy dźwiękach kobranockowego ”Kocham cię jak Irlandię”, były popisy wokalno - taneczne z okazji kolejnych Patryków (gdzie i kiedy - zmilczeć muszę z powodu palącego uszy wstydu ;) ). Krótko mówiąc: pokochałem Irlandię platonicznie, chociaż nigdy tam nie byłem, a przez Ulissesa nie przebrnąłem do dzisiaj, mimo specjalizacji (filologia polska).

Potem skończyłem studia, wróciłem na stare śmieci. Wchłonęła mnie dziennikarka (robota dziennikarska czyli, a nie co innego;) ) - od 1997 roku obserwuję i piszę, piszę i obserwuję. Reportaż, felieton, zwykła notatka prasowa - wszystko, co odda najwierniej fragment pulsującej rzeczywistości. Pracuję w Gazecie Wyborczej w Bydgoszczy. Stąd też ruszam w niedzielę na podbój Irlandii, a dokładniej - Dublina. Spróbuję poszukać sobie tam pracy. Jak będzie - zobaczymy.

Serwus - do następnego razu.
16:53, jacek-kowalski , Irlandia
Link Dodaj komentarz »