Sześcioro dziennikarzy Gazety Wyborczej przez kilka dni na własnej skórze sprawdzało czy łatwo jest znaleźć pracę za granicą. Ten blog, to ich internetowy notes, o tyle niezwykły, że każdy może tu wpisać swoje komentarze, rady, uwagi. Szczegółowa relacja z dziennikarskiej misji niebawem w Gazecie Wyborczej i TVN 24
Kategorie: Wszystkie | Finlandia | Grecja | Hiszpania | Irlandia | Portugalia | Wielka Brytania
RSS
niedziela, 11 czerwca 2006
Portugalia powraca

Bo tu mundial w pełni. O tym w polskim wydaniu pisać nie będę, żeby kibiców nie denerwować. Ale w portugalczycy to całkiem miło sobie dzisiaj pograli. Już kilka dni temu na lizbońskich ulicach powiewały narodowe flagi, a kibice nie mogli się doczekać pierwszego meczu.

Spotkałam w metrze studenta-entuzjastę z portugalską chorągiewką. - Bo tu życia nie ma bez piłki - wyjaśnił zwięźle. No to ma dziś powody do radości.

A teraz coś dla entuzjasty komunikacyjnego, który w komentarzach pytał mnie o lizbońskie tramwaje.

Ten na dodatek kierowany przez kobietę. Gdy taki pojazd pnie się wąskimi uliczkami, a z uchylonych okien wystają turyści z aparatami i kamerami, to człowiekowi wraca wiara w miejską komunikację.

A jeśli chodzi o komunikację, to słyszałam ciekawą historię. Otóż pewien Polak przyjechał do Portugali z kraju, w którym kierowcy nie powinni siadać za kierownicą po alkoholu. - Jechałem podmiejskim autobusem wypełnionym po brzegi - opowiadał. - Kierowca zatrzymał się przy sklepie spożywczym, wysiadł, kupił piwo, wypił i pojechał dalej. Nikogo z pasażerów takie zachowanie nie dziwiło.

Ciekawe, co by się stało, gdyby u nas kierowca autobusu tak się chciał odprężyć.

23:50, agnieszka.urazinska , Portugalia
Link Komentarze (5) »
czwartek, 08 czerwca 2006
O Portugalii po polsku

Czyli o tym, że ciężko jest szukać pracy i Polaków w obcym kraju, ale chyba jeszcze trudniej to wszystko później opisać. Właśnie jestem po całym dniu spędzonym przy klawiaturze - podobnie pewnie jak koledzy i koleżanki z 'przystanku' (pozdrawiam Was i natchnienia życzę). Nie będę oryginalna: Panie i Panowie zainteresowani pracą w Portugalii, jakich informacji najbardziej potrzebujecie? Polacy, którzy już tam pracujecie - może macie dobre rady dla przyjeżdżających do pięknej Portugalii? Czekam na wszelkie sugestie.

Maćku z Lizbony - dziękuję za pomoc w odrywaniu tajemnic przetrwania w tym mieście:)

W Portugalii podobno trochę mniejszy upał. A u mnie wciąż gorąco! I pomyśleć, że znajomi uważają, że ten wyjazd to był urlop...

00:43, agnieszka.urazinska , Portugalia
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 05 czerwca 2006
Do zobaczenia w Lizbonie

Bo ja tam jeszcze wrócę. Raczej jako turystka. Przez ostatni tydzień odczułam na własnej skórze, że to nie jest miejsce w którym łatwo znajduje się pracę. A jeśli nawet się uda, nie ma co liczyć na dobre zarobki. Spędziłam kilka dni w pięknym zakątku świata, gdzie pogoda cudowna, jedzenie pyszne i ludzie przyjaźni. Raj? Zależy z której strony na to patrzymy. Jeśli ktoś bardzo chce, pracę można dostać. Najlepiej szukać wśród znajo mych, albo jeszcze z kraju, przez internet na przykład. Mnie się udało trzeciego dnia znaleźć legalne zajęcie, ale była to praca dorywcza. Taka, z której nie sposób się utrzymać. W kilku pubach usłyszałam, że powinnam się trochę nauczyć języka i mogę liczyć na zatrudnienie. W niedzielę, kiedy przestałam już szukać, dostałam wprawdzie ciekawą propozycję pracy w holenderskiej firmie. Ale to był przypadek, szczęśliwy zbieg okoliczności. Raczej wyjątek, nie reguła. Bo prawda jest taka, że Polacy nie przyjeżdżają do Portugalii, żeby się dorobić. Wszyscy rodacy, których spotkałam w Lizbonie, przyznali że na przeprowadzce finansowo nie zyskali. Ale mają to, co dla nich ważniejsze: rodzinę, spokój, możliwość życia w pięknym kraju. Zostali w Portugalii, więc szukali pracy. Ale nie przyjechali tam tylko po to, żeby zarobić. Prawda jest taka, że jeśli ktoś dostaje tysiąc euro miesięcznie, mówi że jest zadowolony. A cena za wynajęcie mieszkania to ok. 500-600 euro. Do tego koszty życia: jedzenie, przejazdy, telefony do kraju. O oszczędnościach raczej nie ma mowy. Pewnie właśnie dlatego po otwarciu rynku pracy Polacy nie zaczęli masowo emigrować do Portugalii. – Trochę się tego na początku obawialiśmy – przyznaje konsul Ewa Tomaszewska. – Były telefony z Polski z pytaniami, czy tu można zarobić. Informowaliśmy, jakich pensji można się tutaj spodziewać. A planującym emigrację zarobkową po prostu odradzaliśmy przyjazd. W Lizbonie spędziłam tylko kilka dni i choć to niewiele, udało mi się dotrzeć do Polaków, którzy jednak pracują tu, godnie żyją i nie zamierzają wracać do kraju. Nie można więc straszyć, że w Portugalii nie ma dla nas szans. Radziłabym tylko dobrze przemyśleć decyzję o ewentualnej przeprowadzce i dobrze się do niej przygotować:

  • Bardzo ważny jest język. Nie tylko dlatego, że bez niego bardzo trudno o pracę. To chyba także kwestia szacunku do miejsca, w którym chcemy mieszkać. Lizbończycy dobrze reagują na cudzoziemców, którzy portugalskiego nie znają. Ale jeśli usłyszą choć kilka słów we własnym języku, od razu stają się bardziej serdeczni. To chyba naturalne.

  • Ofert pracy radzę szukać jeszcze z Polski, na przykład w internecie, bo bywają także w języku angielskim. W gazetach wszystkie, które znalazłam, były po portugalsku. Polskiej prasy brak. Na każdym kroku słyszałam o ‘znajomościach’. Tak pracę w pubie znalazł Piotr, którego poleciła szefom znajoma portugalka. W ten sposób w innym pubie zatrudniła się Marta, bo rekomendowała ją koleżanka z polski. Mnie też ktoś komuś rekomendował.

  • Najlepiej zacząć od załatwienia formalności – przede wszystkim NIF, a jeśli nie mamy już załatwionego kontraktu i będziemy pracować jako wolny strzelec – także tzw. recibo verde. Choć obie kwestie da się załatwić ‘od ręki’ to w urzędach, szczególnie tych większych, możemy się spodziewać kłopotów. Lepiej wybrać mały oddział, a najlepiej poprosić o pomoc kogoś, kto podobne przejścia ma już za sobą.

Przeżyłam w Lizbonie piękny, choć męczący tydzień, a przecież tylko sprawdzałam, czy można tam znaleźć pracę. Dlatego naprawdę podziwiam Aśkę, Piotra, Martę, Maćka, Zuzę i Agnieszkę, którym się to udało.

To miasto jest piękne. Żal było wyjeżdżać. Wróciłam dziś do szarej i zimnej Łodzi. I wiecie co? Tu jestem u siebie.

>Dziękuję wszystkim Polakom, z którymi miałam przyjemność się spotkać w Lizbonie :)

21:57, agnieszka.urazinska , Portugalia
Link Komentarze (5) »
sobota, 03 czerwca 2006
Lizbona po polsku

Pozostal mi tylko jeden dzien na koncu Europy. Rewelacyjnej pracy na dluzej z pewnoscia juz nie dostane. Brak portugalskiego nie ulatwia sprawy. Ale wiem na pewno, ze prace znajduja w Lizbonie i takie osoby. Trzeba tylko bardzo chciec i miec motywacje... inna niz finansowa. No i na pewno kilka dni na poszukiwania to stanowczo za malo. Piotr, ktory przyjechal do Lizbony w pazdzierniku, zakochal sie w tym miescie bez pamieci. Pracuje jako barman. - Jezyka ucze sie w pracy. Coraz lepiej mi wychodzi - opowiada. - Finansowo na przeprowadzce do Portugalii stracilem, ale nie zaluje. Dosc mialem wyscigu szczurow. Tu zycie toczy sie wolniej i tutaj mam przyjaciol.

Podobnie mowia inni mlodzi Polacy. Spotkalam ich w pubie na Bairro Alto, gdzie czesto sie pojawiaja. Moze dlatego, ze pracuje tu Asia artystka, ktora namowila szefa, zeby serwowal slynna u nas zubrowke,jeden z nielicznych polskich produktow, jaki mozna tu kupic? To chyba jedyne miejsce, gdzie tak czesto slychac polski jezyk. - Lubimy sie i potrzebujemy - mowi mloda Polonia. I wszyscy podkreslaja, ze Portugalia to nie kraj na zbijanie fortuny. Ale nie spotkalam nikogo, kto chce wracac do Polski.

Pisalam juz wczesniej o mieszkancach Ukrainy, ktorych w Lizbonie jest coraz wiecej. Pracuja za niewielkie pieniadze wykonujac najczesciej prace ponizej swoich kwalifikacji. Rozmawialam na przyklad z pania, ktora zna doskonale portugalski, mowi po polsku i niemiecku. Zajmuje sie sprzataniem... Gdy patrzylam na nia i jej rodakow, zauwazylam wyrazna roznice miedzy nimi a Polakami, ktorych tu spotkalam. Ci pierwsi sa malo pewni siebie, ci drudzy nie maja zadnych kompleksow. Agnieszka wierzy, ze moze byc dziennikarzem-korespondentem, Piotr szuka lepszej pracy, a Marta z Mackiem chca zalozyc wlasna firme. A ja wierze, ze im sie uda.

23:57, agnieszka.urazinska , Portugalia
Link Komentarze (2) »
piątek, 02 czerwca 2006
Legalniej już się nie da!

Wielki sukces! Udało mi się zrobić dzisiaj coś, co wczoraj wydawało się niemożliwe. Mogę legalnie pracować! Nie dość, że jestem od dziś posiadaczką NIF, to jeszcze mam 'recibo verde'! Dzięki Joannie, która od lat mieszka w Lizbonie i wie jak sobie radzić z tutejszą biurokracją. – Trzeba szerokim łukiem omijać duże urzędy - takie jak Loja de Cidadao – powiedziała.

Pamiętacie? Tam wczoraj nic nie załatwiłam, bo nie mam tu stałego adresu, nie było też osoby, która za mnie poręczy. Na  'recibo' musiałabym czekać... pięć miesięcy. Ale Portugalia to - jak mówią ci, co ją znają - kraj paradoksów. To, co w jednym miejscu było absolutnie wykluczone, w innym okazało się bułką z masłem. Idąc za radą Joanny wybrałam się dziś rano do Reparticao Financas na peryferiach stolicy. I stał się cud: zero kolejki, nikt nie musiał poręczać, a adres hotelu wystarczył. – Proszę chwilkę poczekać – uśmiechnął się pan za kontuarem. Po kilku minutach podpisałam dokument z własnym NIF-em! A po kilku kolejnych - miałam w dłoni upragnione 'recibo verde'. To właśnie ten rachunek wypiszę pracodawcy, żeby odebrać legalnie moje własne, pierwsze zarobione w Unii pieniądze. Cała procedura kosztowała blisko 6 euro. Co za ulga. Gdy tylko podpiszę 'recibo', za te koperty, które będę kleić, załączę go do bloga, bo już czuję, że będę z tego dokumentu bardzo dumna!

A Lizbona tonie w słońcu. Ludzie wolno się ruszają i wyglądają, jakby nigdy w życiu nigdzie się nie spieszyli. Luksusowe mercedesy przejeżdżają koło ludzi, którzy proszą o pieniądze. Wczesnym popołudniem życie przenosi się do restauracji, bo kto żyw pędzi na almoço – czyli luncho-obiad, który może się ciągnąć godzinami. Ta przerwa to tutaj świętość - dowiedziałam się, że pracownik może się nawet oficjalnie poskarżyć na pracodawcę, jeśli z tej przerwy nie będzie mógł skorzystać.... Spóźnieniami nikt się nie przejmuje, ale metro kursuje regularnie.

Polskich śladów tu niewiele. Choć podobno i ogóreczki konserwowe i ‘żubrówkę’ można znaleźć i na tym końcu Europy. Za to nie wszyscy wiedzą, że Polacy mogą tu legalnie pracować. – Wizę musi pani wyrobić, to zobaczymy – usłyszałam w jednym z pubów, gdzie zapytałam o możliwość pracy. – To jeszcze nic. Ja do niedawna musiałam przekonywać niektórych Portugalczyków, że Polska jest w Unii – ‘pocieszyła’ mnie Marta, ta która pracuje w Lizbonie jako barmanka.

19:26, agnieszka.urazinska , Portugalia
Link Komentarze (7) »
czwartek, 01 czerwca 2006
Cienie i blaski po portugalsku

Oprócz pracy szukam też w Lizbonie Polaków, którzy mieszkają tu i pracują. Usłyszałam już wiele ciekawych historii. Polonia, choć nieliczna, jest tu godnie reprezentowana. Ale o tym kiedy indziej, bo w trakcie tych poszukiwań natrafiłam też na dramatyczną historię 28-letniej Polki, która w Lizbonie może pozostać na dłużej niż by chciała. Kilka miesięcy temu została zatrzymana na lizbońskim lotnisku za przemyt narkotyków. W areszcie urodziła córeczkę. Byłam dziś na rozprawie, rozmawiałam z nią. Wyrok za kilka dni. Grozi jej 12 lat więzienia. Może uda mi się wkrótce napisać o tej sprawie więcej. Nie wiąże się wprawdzie z pracą, ale z zarabianiem pieniędzy na pewno tak...

A wracając do pracy. Okazuje się, że nie wystarczy ją znaleźć. Otóż wpadłam w tryby tutejszej biurokracji. Spędziłam dziś dwie godziny w urzędzie – Loja de Cidadao. Chciałam wyrobić sobie NIF, czyli numer podatkowy. Niezbędny do legalnej pracy w Portugalii. Wszyscy mówią, że to się robi ‘od ręki’. Sprawdziłam, że niekoniecznie. Najpierw dwie godziny w kolejce. Później półgodzinna rozmowa z urzędniczką, która ‘chętnie pomoże, ale nie może’. Dlaczego? Bo nie mam tu adresu zamieszkania. A nawet jeśli będę miała, to i tak ktoś mieszkający na stałe w Portugalii musiałby za mnie poręczyć. Plany legalnego zarobku musiałam przełożyć na jutro. Za to od znajomych Polaków dowiedziałam się, że całą procedurę można nieco uprość (podając jako miejsce zamieszkania adres hotelu na przykład). Będę próbować. Na szczęście te koperty poczekają.

O pracę pytam gdzie mogę, wciąż czekam na kontakt z ‘pośredniaka’.

A teraz optymistycznie.


Dotarłam do mieszkającego w Lizbonie Tomka, który dwa lata temu wygrał konkurs na najlepszego kucharza w Portugalii! Jest zastępcą szefa w ekskluzywnym hotelu. - Do portugalskiej o kuchni dodaję polskie akcenty. Mamy w menu pikle receptury mojej mamy - opowiada. - Kocham to, co robię.

Spotkałam też Martę i Maćka, którzy zakochali się w Portugalii! Dwa i pół roku temu rzucili dobre prace w Polsce i przyjechali tutaj. Wiele się od nich dowiedziałam o problemach ze znalezieniem pracy. Marta wysłała aż 380 CV i dostała tylko cztery odpowiedzi. Negatywne. Pracuje teraz w irlandzkim pubie w Docas.

Nie jest łatwo chociaż bardzo dobrze mówi po portugalsku i angielsku. I wcale nie zarabia 5 euro za godzinę, tylko... najwyżej 3,5. Na kartę stałego pobytu czeka już od dwóch lat (południowa biurokracja). - Ale nawet nie myślę o powrocie do Polski - mówi. - Istnieją inne wartości niż gonitwa za pieniądzem.

22:02, agnieszka.urazinska , Portugalia
Link Komentarze (7) »
środa, 31 maja 2006
Będę się uczyć portugalskiego

A teraz od końca. Dziś znalazłam pracę w agencji zajmującej się szkoleniami, rekrutacją, poszukiwaniem mieszkań. Na próbę i dorywcz. Będę przyklejać naklejki z adresami na koperty.


To może nie jest zbyt ambitne zajęcie, ale za to nie trzeba z tymi kopertami rozmawiać po portugalsku. Jeśli się sprawdzę, mogę być zatrudniana częściej w ten sposób - w zależności od potrzeb. Może zostanę polecona do podobnych zajęć. Za godzinę mogę zarobić.... uwaga, nie rozczarujcie się: pięć euro. To starczy średnio na dziesięć kaw w restaracji albo na skromny obiad. Żeby praca była legalna, muszę wypisać pracodawcy 'recibo verde', czyli rachunek. Mogę to zrobić tylko wtedy, jeśli uzyskam tzw. NIF, czyli taki nasz NIP. Zaczęłam już dziś - więc pracowałam na czarno, bo NIF-u nie mam. Jutro przychodzę na kilka godzin. Już z dokumentami.

Ale wiecie dlaczego znalazłam to zajęcie? Ano dlatego, że miałam 'cunhas', czyli tzw. plecy. Na każdym kroku słyszę, że to bardzo pomaga. 'Cunhas' to mogą być krewni, przyjaciele, albo.. ludzie tej samej narodowości. Tak było w moim przypadku. Co ciekawe i bardzo ważne, mieszkający tu Polacy bardzo lubią innych Polaków. Doświadczyłam tego na własnej skórze (Maja, Iwona, Sławek, Ala i Tomek, o których istnieniu tydzień temu nie wiedziałam, potraktowali mnie jak starą znajomą). Tak samo było z panią Joanną, która prowadzi w Lizbonie firmę pośrednictwa pracy. Zadzwoniłam, zapytałam o pracę. - Polce zawsze pomogę - odpowiedziała.

Szukam też zajęcia przez jeden z pośredniaków (byłam tam jedyną 'białą'). Usłyszałam, że mimo nieznajomości portugalskiego mam szansę na pracę jako kelnerka lub barmanka (angielski i hiszpański wystarczą) Będę mogła zarobić ok. 6 euro za godzinę. Za to legalnie. Muszę tylko czekać na telefon. Nie wiadomo jak długo. – Ale coś się znajdzie. Proszę się nie martwić - pocieszyła mnie pracownica biura.

Mam nadzieję, bo moja wczorajsza wizyta w podlizbońskim kurorcie Cascais, nie zakończyła się zawodowym sukcesem. Wszędzie pytali o portugalski. W jednym pubie dostałam nawet formularz do wypełnienia. Ale po portugalsku! Dowiedziałam się też, że niebieskookie blondynki mają pewne fory w przypadku zatrudnienia w barze. Ale stanowczo jednak powinny znać choć trochę język portugalski.

Będę się więc uczyć.

19:05, agnieszka.urazinska , Portugalia
Link Komentarze (7) »
wtorek, 30 maja 2006
Kraj zakochanych

Nie widziałam Tagu ani klasztoru Hieronimitów. Słynny ‘most kwietniowy’ mignął mi na horyzoncie, nie słyszałam nawet fado. Nie miałam czasu, bo zbierałam informacje o zatrudnieniu.

Zaczęłam od sprawdzenia co by było, gdybym przyjechała do Lizbony zupełnie ‘w ciemno’ – nie znała portugalskiego, nie miała oszczędności, mieszkania i upatrzonych ofert pracy. Popełniłabym duży błąd. W kraju, gdzie od kilku lat trwa kryzys, bezrobocie sięga ośmiu procent, a emigranci z Brazylii czy Ukrainy pracują za naprawdę małe pieniądze, przyjazd bez przygotowania byłby szalonym pomysłem. Sprawdziłam na własnej skórze– odwiedziłam kilka hoteli i pubów – tak jak planowałam na samym początku. Pytałam o możliwości legalnego zatrudnienia (trzeba mieć numer identyfikacji podatkowej i kartę pobytu). Wszędzie usłyszałam, że o pracę ciężko, że może kiedyś, że pracowników biorą najczęściej z ‘pośredniaka’. I teraz wiem już, że na pewno muszę dotrzeć tam, gdzie się wybierałam – czyli do Centro de Emprego.

Wiecie, o kogo pytają portugalscy pracodawcy w polskiej ambasadzie? Ano o polskich drwali na przykład albo o szwaczki (którym chcą płacić 600 euro miesięcznie) lub spawaczy (ok. 900 euro). Ambasada w zatrudnianiu nie pośredniczy, ale można tu dostać wskazówki gdzie szukać. Piękny budynek położony w zalanym słońcem ogrodzie. Ulica wysadzona drzewami, które z daleka przypominają polskie fioletowe bzy. Jacarnada się nazywają. Sygnały o Polakach poszukujących desperacko pracy jakoś tu nie trafiają. Dlaczego? – Bo to nie jest kraj, do którego przyjeżdżamy się dorabiać – usłyszałam od konsul Ewy Tomaszewskiej. – Mieszkają tu głównie ci Polacy, którzy Portugalię pokochali. Zostają dla klimatu, stylu życia, a nie dla pieniędzy.

W konsulacie są zarejestrowane 434 osoby. Mała jest ta nasza emigracja. Dużo więcej kobiet. A to dlatego, że wiele pań pozostaje na Półwyspie z miłości do.. Portugalczyków. W ubiegłym roku za mąż wyszło tu kilkadziesiąt polskich kobiet i tylko jeden mężczyzna z Polski poślubił Portugalkę.

Jak Polacy zarabiają na życie w Portugalii? Są muzykami, artystami, stomatologami. Trochę młodych osób pracuje w barach. Pracowników fizycznych jest niewielu. Legalną pracę sezonową można znaleźć za 400 euro.Bariera to oczywiście język. – Porównałbym to do Polski. U nas też osoba bez znajomości języka miałaby problemy – wyjaśnia Wojciech Baczyński, III sekretarsz ds. prasy, kultury i nauki w ambasadzie.

Wnioski są takie: Portugalia to kraj, w którym zostaje się z miłości, nie dla pieniędzy.

Ale wystarczył jeden dzień i już zrozumiałam, że w tym miejscu można się zakochać.

Uwagi na marginesie:

  • bez dobrego dezodorantu nie warto nawet zaczynać dnia – taksówkarz Pablo wyjaśnił mi, że to wyjątkowo koniec maja. Podobno rzadko kiedy o tej porze roku słupek rtęci sięga 33-35 stopni. Tym razem sięga. Woda mineralna niezbędna.
  • Za bezmyślność trzeba płacić – ja musiałam wydać 40 euro. Na telefon z kartą pre-paidową. Nie zatroszczyłam się o aparat w kraju, więc zamiast samej karty za 5 euro musiałam kupić cały zestaw. Z polskiego aparatu absolutnie nie opłaca się dzwonić do tubylców, a bez telefonu trudno się komunikować.
  • Warto pytać, by nie zbłądzić. Bardzo dobrze tu reagują na zagubionego cudzoziemca, który chce się odnaleźć.
  • Przewodniki nie kłamią: kawa i ciastka są tu boskie. Na dodatek kawę – pod przeróżnymi postaciami – można kupić w kafejce nawet z 0,5 euro.
  • Portugalczycy kochają ortodontów - w ciągu jednego dnia kilkanaście osób uśmiechnęło się do mnie 'metalicznie'. W sklepie, gdzie kupowałam telefon, na pięciu pracowników trzech miało aparaty...

PS. A tramwaje są rzeczywiście super. Chłodniutkie, szybciutkie. Rewelacja.

12:32, agnieszka.urazinska , Portugalia
Link Komentarze (18) »
poniedziałek, 29 maja 2006
Pozdrawiam z ciepłych krajów!
Tłumik dotrwał do Warszawy. Za to gdy zobaczyłam maleńki samolocik, jakim miałam ruszyć na podbój Portugalii, trochę się zmartwiłam. Mały jakiś, nie wyglądał solidnie. Kiedy ruszył, trząsł się cały i skrzypiał. Taki Fiat 126 P. Tylko ze skrzydełkami. Do tego regulaminowa instrukcja obsługi maski i kamizelki awaryjnej. I trzy strefy turbulencji po drodze. Ledwo samolot wzniósł się na odpowiednią wysokość i mogliśmy odpiąć pasy, stewardessa poinformowała, że można kupować (tanie linie, niestety) napoje i kanapki. Mimo, że „gorący kubek” kosztuje w powietrzu aż pięć złotych, podwójny sandwicz dziesięć, a maleńki „żywczyk” aż siedem, większość pasażerów poczuła, jak na komendę, ogromny głód. Przy okazji zakupów spożywczych u stewardessy zagaiłam o latających do Portugalii Polaków. – Tłoku nie mamy – przyznała. – Nie zauważyłam, żeby Polacy ruszyli po otwarciu rynku pracy na podbój Portugalii. Raczej turyści z nami latają.

„Nieprawda, ja do pracy” – pomyślałam sobie.

W Lizbonie wylądowaliśmy grubo po północy. A tam mokry upał, aż zatyka. Blisko 30 stopni. Czekając na bagaże podróżni zdejmowali z siebie co mogli i ocierali pot z czoła. Hotelik w Lizbonie udało mi się znaleźć wcześniej, przez biuro podróży. Postanowiłam nie kusić losu i dotrzeć tam z lotniska taksówką. Taksówkarz był bardzo miły. Po angielsku umiał tylko powiedzieć ‘fiftin euro madam’, bo tyle zażyczył sobie za kurs. Próbowałam się dowiedzieć, czy zna jakichś Polaków. Na to hasło się ożywił. – João Paulo! – wykrzyknął radośnie. - Bom Papa!

I posmutniał. Innych Polaków nie znał.

Dziś rano dowiedziałam się w recepcji, że nasi rodacy często pojawiają się w Lizbonie. Ale raczej wydają tu pieniądze, a nie zarabiają. Recepcjonista przyznał, że w Portugalii jest spore bezrobocie i łatwo tu z pracą nie będzie. Ruszam w zalane słońce miasto, żeby sprawdzić to na własnej skórze.

PS: Dziękuję wszystkim za miłe słowa w sieci. Nawet nie wiecie, jak tego człowiekowi na obczyźnie brakuje...
12:55, agnieszka.urazinska , Portugalia
Link Komentarze (17) »
niedziela, 28 maja 2006
No to ruszyłam.

Lisbon Story? Też zaczęłam citröenem CX-em, tylko że ten wciąż jeszcze ma tłumik. Ale nie mówię ‘hop’, bo nie dotarłam jeszcze do stolicy. Jak dobrze pójdzie to za jakieś trzy godziny zmienię środek lokomocji na bardziej lotny, bo nie chcę skończyć jak filmowy Philip. Mam nadzieję, że moja podróż będzie spokojniejsza.

Żegnam burzową Łódź. Przez tydzień zamierzam się dowiedzieć wszystkiego, co możliwe, o pracy w Portugalii. Przejdę Lizbonę w poszukiwaniu naszych rodaków, spytam jak im się na iberyjskim lądzie wiedzie. Przekażę Wam rady od Polaków, którym już się tam udało. Liczę, że i mnie się uda znaleźć pracę. Zaczynam jutro od odwiedzin w Cascais, kurorcie oddalonym 30 km od Lizbony. Mam już umówione spotkanie ze specjalistą od zatrudnienia w tamtejszym Centro de Empleo. A przy okazji sprawdzę, jakie szanse na zatrudnienie w kurorcie ma Polka. I – co tu kryć – nie mogę powiedzieć, że się nie boję....

18:45, agnieszka.urazinska , Portugalia
Link Komentarze (8) »
sobota, 27 maja 2006
Tym razem boa noite:)

Blisko, coraz bliżej. Już niespełna doba na polskiej ziemi i odfrunę odkrywać ląd nieznany. Już się nie mogę doczekać dźwięku języka portugalskiego w realu. Przejrzałam sobie rozmówki. Urocze po prostu. Uczy się człowiek przez całe życie (dzięki drodzy internauci, dzięki Wam przywitam się poprawnie z Lizboną). Nie mam już szans, żeby w poniedziałek zachwycić Portugalczyków płynną portugalszczyzną. Czas się z tym pogodzić!

Wyjaśniła się za to sprawa koguta. Tego, który Jurkowi z działu sportowego kojarzył się z Portugalią (dzięki 'ANIA za czujność). Tak mnie poruszyła historia drobiu, który dokonuje cudów, żeby sprawiedliwość zatriumfowała, że aż opowieść streszczę. Otóż legenda głosi, że przed wiekami wędrowiec, który zatrzymał się na krótko w miejscowości Barcelos, został posądzony o morderstwo. Karą miało być powieszenie. Ostatnim życzeniem skazańca była rozmowa z sędzią. A sędzia właśnie konsumował. Na biesiadnym stole był pieczony drób, kogut konkretnie. Skazany stanął przed sędzią i wykrzyknął, że jest niewinny. - Dowodem mojej niewinności będzie, że temu kogutowi odrosną pióra i zapieje o świcie - miał ogłosić wkazując na upieczony drób. Na to ucztujący ponoć gruchnęli śmiechem, a nieszczęsnego wędrowca zaprowadzono na szubienicę. Ale ucztującym nie dane było skonsumować koguta, bo ten rzeczywiście ożył. I zapiał na dodatek donośnie. Zszokowany sędzia z resztą gości ruszył w pośpiechu pod szubienicę. Skazaniec miał już o tej porze wisieć martwy na sznurze. Ale nie wisiał,zdaje się sznur nie wytrzymał. Wobec takiej kumulacji cudów mieszkańcy Barcelos mogli tylko uznać wędrowca za niewinnego. Tak też zrobili, a kogut stał się symbolem Portugalii. Czy to nie piękne?

Natchnęło mnie. Może ja po prostu na fermie drobiu pracy poszukam?

A, właśnie, jeśli o pracę chodzi, to chyba nie uda mi się nikogo przekonać, że w Portugalii łatwiej znaleźć pracę, niż w Wielkiej Brytanii albo zarobić więcej, niż w Irlandii. Zarobki niskie, język egzotyczny... Ale za to jaka pogoda! W Łodzi chłód i chmury, a dziś podobno w Lizbonie było upalne lato. Grubo ponad 30 stopni! Czy to nie jest zachęcające? W takiej temperaturze od razu robi się weselej.

Tym miłym akcentem kończę na dziś. Proszę wskazówki od znawców przedmiotu i nie tylko. Może ktoś wie o kurzej fermie w okolicach Lizbony? 

22:08, agnieszka.urazinska , Portugalia
Link Komentarze (6) »
Portugalia się kojarzy

Mnie z Hiszpanią, bo blisko. Jurkowi z działu sportowego z kogutami - nie wie czemu. Koleżance Zytce - ze wszystkim co piękne, bo była tam na stypendium i pokochała kraj odkrywców. Tylko nikomu jakoś Portugalia nie kojarzy się z pracą... 

Na wieść, że właśnie w Lizbonie będę się starać o zatrudnienie  znajomi reagowali podobnie: - Zwariowałaś? Przecież ty się tam nie dogadasz!

Miło, że we mnie wierzą. Ale gdzie diabeł nie może, tam wiadomo kogo pośle.

Tylko żeby baba dotarła na miejsce, powinna mieć na przykład bilet lotniczy. W biurze podróży pan długo szukał, a w końcu zaproponował mi przelot z międzylądowaniem za ponad dwa tysiące złotych! - Bo ta Lizbona taka wredna jest - wyjaśnił. Nie poddawał się i w końcu znalazł prawie o połowę tańsze, u taniego przewoźnika oczywiście.

O pracy postanowiłam najpierw porozmawiać ze specjalistą. Przemiły doradca EURES (to europejskie służby zatrudnienia - polecam stronę www.eures.praca.gov.pl) utwierdził mnie w przekonaniu, że Portugalia, choć otwarta dla Polaków, nie jest dla nas ulubionym miejscem na zbijanie fortuny.  Przynajmniej na razie.

Na stronie EURESU znalazłam sporo  ofert. Można na przykład zajmować się domem za 600 euro miesięcznie, albo za te same pieniądze być barmanem w hotelu na Maderze. Dobremu kucharzowi obiecują ponad 800 euro, za to inżynier lotnictwa może zarobić 3 tysiące. Są też oferty dla kosmetyczek, pomocy kuchennych i chętnych do pracy w rolnictwie. Jest tylko jeden problem: najpierw trzeba te ogłoszenia zrozumieć, a prawie wszystkie są po portugalsku:)

02:12, agnieszka.urazinska , Portugalia
Link Komentarze (5) »
czwartek, 25 maja 2006
Boa notie

To pierwszy zwrot po portugalsku, jakiego się nauczyłam. I pewnie nie ostatni, bo lada dzień lecę do Portugalii. W dodatku po to, żeby szukać pracy. I ją znaleźć! To się może okazać mocno interesujące, bo nie starałam się jeszcze o zatrudnienie w kraju, którego języka nie znam. Ale w końcu po coś są wyzwania.

Mam na imię Agnieszka i od pięciu lat pracuję dla Gazety Wyborczej w Łodzi. Pisywałam już o zwierzętach, mieszkaniach i zdrowiu. Od jakiegoś czasu zawodowo najwięcej uwagi poświęcałam policjantom. A od dziś także Portugalii. Zaczęłam od internetu. Ciekawe doświadczenie. Wpisuję "praca-portugalia" - wyskakują strony o zabytkach. Cenna informacja: 'praca' - tylko z ogonkiem przy 'c' - to po portugalsku 'plac'. Tak mi się przynajmniej wydaje.

Życzcie mi powodzenia. Bo czuję, że bardzo mi będzie w tej Lizbonie potrzebne.

19:30, agnieszka.urazinska , Portugalia
Link Komentarze (3) »
| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31