Sześcioro dziennikarzy Gazety Wyborczej przez kilka dni na własnej skórze sprawdzało czy łatwo jest znaleźć pracę za granicą. Ten blog, to ich internetowy notes, o tyle niezwykły, że każdy może tu wpisać swoje komentarze, rady, uwagi. Szczegółowa relacja z dziennikarskiej misji niebawem w Gazecie Wyborczej i TVN 24
Kategorie: Wszystkie | Finlandia | Grecja | Hiszpania | Irlandia | Portugalia | Wielka Brytania
RSS
sobota, 27 maja 2006
Miso soup z glonami

Jeszcze dwa dni tu. Zaczynam się rozglądać: internet, znajomi. Mam już kilka wskazówek:

Bartek: - Tylko nie wejdź w towarzystwo tych wszystkich nieudaczników, którzy nie mówią słowa po angielsku, pracują za parę funtów tygodniowo, a połowę tego, co uciułają, przepiją. Ścianę płaczu omijaj. Pracuj z miejscowymi, więcej zarobisz, wyszlifujesz angielski.

Jacek: - Wysyłaj CV już stąd, jak najwięcej. Niczego nie tracisz, a masz szansę trafić na gotowe. A kiedy jedziesz? Poniedziałek… A, to chyba nie masz po co wysyłać.

Marcin: - U nas pod koniec sierpnia będzie wolny etat asystenta menedżera sprzedaży. To pracownia architektoniczna, miałeś coś wspólnego z architekturą? Chcesz jechać już? No… będzie kłopot.

Agnieszka: - Wygodne buty, albo internet. Gazet nawet nie czytaj. Nie ma aktualnych ofert. Wszystko przebrane. A Polaków jest tylu, że na pewno nie zadzwonisz pierwszy. Nastaw się na łażenie po pubach.

Kinga: - Nie wierzę, że od razu znajdziesz coś ciekawego. Lepiej wymyśl, jak się wykręcić. Nie możesz już?! W Londynie najważniejsze jest doświadczenie. I to nie takie, że powiesz ‘pracowałem w pubie w Krakowie’, albo ‘jestem dziennikarzem z Polski’. Na nikim nie zrobi to wrażenia, zapomnij! Oni potrzebują ludzi z doświadczeniem w Anglii. Weź dobry krem do rąk. Na zmywaku dłonie zniszczysz w jedno popołudnie.

Bartek: - Przy Piccadilly Circus jest Japan Center. Kup mi miso soup (instant) z glonami. Ale, pamiętaj, not spicy!

No. To były rady tych, do których zadzwoniłem wczoraj wieczorem i dziś rano. Dopiszcie swoje, proszę.

Teraz przeglądam prognozę pogody w Londynie: leje i trochę chłodniej niż w Krakowie. Jeszcze się nie denerwuję. Może dlatego, że wreszcie się wyspałem. Wieczorem poszukam jakiegoś miejsca do spania na Wyspach i chyba powysyłam parę zapytań o pracę. I pójdę zdjąć sim-locka z komórki. W Londynie kupię sobie kartę. Taki mam plan.

13:17, wojtek.pelowski , Wielka Brytania
Link Komentarze (11) »
Portugalia się kojarzy

Mnie z Hiszpanią, bo blisko. Jurkowi z działu sportowego z kogutami - nie wie czemu. Koleżance Zytce - ze wszystkim co piękne, bo była tam na stypendium i pokochała kraj odkrywców. Tylko nikomu jakoś Portugalia nie kojarzy się z pracą... 

Na wieść, że właśnie w Lizbonie będę się starać o zatrudnienie  znajomi reagowali podobnie: - Zwariowałaś? Przecież ty się tam nie dogadasz!

Miło, że we mnie wierzą. Ale gdzie diabeł nie może, tam wiadomo kogo pośle.

Tylko żeby baba dotarła na miejsce, powinna mieć na przykład bilet lotniczy. W biurze podróży pan długo szukał, a w końcu zaproponował mi przelot z międzylądowaniem za ponad dwa tysiące złotych! - Bo ta Lizbona taka wredna jest - wyjaśnił. Nie poddawał się i w końcu znalazł prawie o połowę tańsze, u taniego przewoźnika oczywiście.

O pracy postanowiłam najpierw porozmawiać ze specjalistą. Przemiły doradca EURES (to europejskie służby zatrudnienia - polecam stronę www.eures.praca.gov.pl) utwierdził mnie w przekonaniu, że Portugalia, choć otwarta dla Polaków, nie jest dla nas ulubionym miejscem na zbijanie fortuny.  Przynajmniej na razie.

Na stronie EURESU znalazłam sporo  ofert. Można na przykład zajmować się domem za 600 euro miesięcznie, albo za te same pieniądze być barmanem w hotelu na Maderze. Dobremu kucharzowi obiecują ponad 800 euro, za to inżynier lotnictwa może zarobić 3 tysiące. Są też oferty dla kosmetyczek, pomocy kuchennych i chętnych do pracy w rolnictwie. Jest tylko jeden problem: najpierw trzeba te ogłoszenia zrozumieć, a prawie wszystkie są po portugalsku:)

02:12, agnieszka.urazinska , Portugalia
Link Komentarze (5) »
kto chce usłyszeć

słowo po fińsku - oto link: http://www.ling.helsinki.fi/suopuhe/demo.shtml

na próbę można tę cichę noc wpisać  - i już wiemy, jak się to mówi w Helsinkach! Nie będzie mi łatwo, oj.

Ale, ale  - wypróbowałam tego fińskiego lektora na polskich wyrazach. Polecam. Zwłaszcza w ponury dzień. Doprawdy, trudno sie uspokoić 

nie mogłam sie oprzeć...

Cicha noc po fińsku...(Jouluyö, juhlayö )

Jouluyö, juhlayö.
Päättynyt kaikk' on työ,
kaks, vain valveill' on puolisoa,
lapsen herttaisen nukkuessa
seimikätkyessään,
seimikätkyessään.

Do Helsinek przez Amsterdam

nie jest po drodze, za to taniej. 700-złotowa przewaga linii holenderskich nad niemieckimi (skandynawskie przemilczę).  Mogłabym promem, ale  z Gdańska - dla mnie via Szczecin jednak będzie bliżej z przesiadką w Amsterdamie.
Helsinki na razie jawią mi się jak ląd nie odkryty - tylko 600 km w linii prostej, a już nie wiemy, co się tam dzieje. - Nie mam pojęcia, czy mamy hotel w Finlandii - mówi recepcjonistka sieciowego hotelu w Szczecinie. - Nie znam na pamięć CAŁEJ naszej sieci, a z komputera pani nie powiem, bo mi internet wyrzuciło.
Zbieram świadectwa - mam marne osiągi. Krasiu z redakcji był w Helsinkach, ale rowerem. Znajoma germanistka - na dwudniowej intensywnej konferencji: przywieźli ją z lotniska, wyssali zawodowo, nakarmili, przenocowali  i odwieźli  - nic nie zobaczyła. Krasiu miał przewodnik, ale zgubił w przeprowadzce, z lotniska nie jechał. Zresztą zza kierownicy wszystko inaczej wygląda: pamięta głównie port, do którego zawijają dostawy wódki z Estonii (bo taniej, oczywiście).
W internecie tylko jeden adres pośredniaka do pracy za granicą z hasłem Finlandia.- Miałem jedna ofertę, rok temu  - mówi właściciel firmy z Opola. Na razie odbiera telefony fińskich dziennikarzy: krążą niecierpliwie wokół tematu, bo od maja  Finlandia legalnie zatrudnia Polaków.  Ale pośredniak zagrzewa mnie do walki:- Zaraz się zacznie, sypną się  oferty.
Poza tym w sieci rozpaczliwe posty: szukam pracy w Finlandii - ślusarz, stoczniowiec, para do sezonowego zbierania owoców. Kicha.
 - Mam! Dwóch chłopaków budowało tam drewniane domki  -podpaliła się  moja znajoma. Budowali, ale w Norwegii. W końcu też Skandynawia.
Nagle sobie uświadamiam: Muminki są fińskie! Tam musi być cywilizacja i praca na czarno. Przecież wszędzie są oszczędni ludzie. Znaczy Filifionki.
piątek, 26 maja 2006
Swiat w walizce

Znów prawie północ. Pakowanie walizki w godzinę ma tę zaletę, że dłużej się o tym nie myśli. I jedną wadę- pakujesz wszystko, jak leci.Kot- wynocha, zostajesz w domu. Musiałam wyglądać jak siedem nieszczęść, usiłując dopiąć monstrualny kłąb ciuchów wystający spod czerwonego plastiku. Na ten moment trafiła Madzia, moja przyjaciółka, która co dwa tygodnie przyjeżdża do Wrocławia z Paryża. Madzia to artystka i specjalistka od pakowania, jak się okazało, też. Połowa ciuchów wyleciała w sekundę. Reszta została wyłącznie dzięki skutecznym strategiom negocjacyjnym. W tym jestem dobra. Za 11 minut jadę do Warszawy. Mam już kilka pomysłów na znalezienie pracy. Ale o tym jutro, bo mój pociąg już grzeje silnik.

22:50, karolina-lagowska , Hiszpania
Link Dodaj komentarz »
Odliczam i szukam
Tak więc pomalutku trzeba zacząć myśleć po irlandzku. Do niedzieli zostało już naprawdę baaaardzo mało czasu. Łapię więc rano za guzik kumpla, który pół roku mieszkał w Dublinie i - węsząc łatwiznę - przypieram do muru. Gdzie iśc, co zwiedzić, gdzie szukać pracy, co jeść - bo co pić, to wiadomo. - Ach Dublin, słodki Dublin - rozmarza się Waldek. - Ja ci zaraz wszystko opowiem. Więc musisz koniecdznie iść na... i zobaczyć..... oraz.....
I tak przez pół godziny - a ja zamiast nazw słyszę jakieś bla-bla-bla.
Nic mi to nie mówi.
Pozostaje internet. Ale to nudne. Po spisaniu sześciu - siedmiu adresów rezygnuję. Pójdę na żywioł. To, co mam - musi wystarczyć. reszta zobaczy się na miejscu. jak mawiał Szwejk: jak tam było, tak tam było, zawsze jakoś było. Jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było.
Przejdę się po Dublinie, rozejrzę, zagadam - i na pewno sobie poradzę.
Pytanie tylko, gdzie chciałbym pracować. Bo jak ktoś całe życie pisze, to za bardzo nie nadaje się do czego innego ;) No nie, przesadziłem. Parę razy pracowałem fizycznie: zbieracz jabłek-gruszek (odpada), pomywacz (hmm...?), goniec - listonosz i pakowacz. Myślę sobie, że rzeczywiście zacznę od przejścia się ulicami i poczytania ogłoszeń: kogo i w jakim charakterze potrzebują. Jak tak nie da rady, znajdzie się inny sposób.

PS. A cóż to za maksymalnie wypasione lody? Jakaś specjalność dublińska?

Ile to kosztuje i gdzie się to dostaje?:) Dublinerzy - ratunku!!!! ;))
19:51, jacek-kowalski , Irlandia
Link Komentarze (12) »
Prawie jak Londyn

To szyld na sklepie w Krakowie. Zdjęcie zrobiłem przed chwilą aparatem w telefonie, a obok kupiłem bilety do Londynu). Wcale nie w tanich liniach - nie było miejsc, albo bardzo drogie. W Krakowie za moment wyląduje Benedykt XVI. Chyba też nie tanimi liniami, ale pielgrzymi jakoś i odlecieć muszą. Wiec z biletami kiepsko. Ja startuję w poniedzialek, przez Zurich.

Póki co, idę na spotkanie z kolegą, ktory z Londynu niedawno wrócił. Na kawę, bo w Krakowie prohibicja.


19:38, wojtek.pelowski , Wielka Brytania
Link Komentarze (4) »
Zmywak?

Tha borusa na dulepso os na pleno piata - to pierwszy zwrot którego chce sie na uczyc po grecku. Zgadnijcie co to znaczy? Oczywiście - Chcę sie zatrudnić przy zmywaniu naczyń:)) To tak na temat moich planów zatrudnienia, które sprecyzowałem po przeanalizowaniu „rozmówek Polsko- Grecki dla osób wyjeżdżajacych do pracy”. Bo rozmówki to była moja pierwsza inwestycja w wyjazd. Piękna okładka z rysunkiem kucharki i murarza. Przyznam szczerze, ze grecki troszeczkę mnie przeraził. Ale nie dam się.

Po za tym przygotowania w pełni. Mam juz bilet, ubezpieczenie i kartę ubezpieczeniową z NFZ. Nie zamierzam oczywiście chorować, ale to podbno obowiazkowy zestaw przy wyjeżdzie do legalnej pracy.

Mam też pierwszą opinie o pracy Polaków w grecji. - Chyba jeszcze jest nieźle, bo rodziny nie przychodzą kupować biletów powrotnych z Grecji. A w zeszłym roku bardzo dużo osób kupowało z dnia na dzień bilety powrotne dla swoich bliskich w Irlandii czy Angli - tak stwierdził sympatyczny pan z biura podróży, który sprzedał mi bilet.

17:59, marcin.sztandera , Grecja
Link Komentarze (3) »
Reporterski desant na Europę

Dziennikarze „Gazety Wyborczej” na własnej skórze sprawdzili, czy łatwo znaleźć pracę za granicą. Trzej reporterzy, trzy reporterki... Pojechali do Aten (Marcin Sztandera), Barcelony (Karolina Łagowska), Dublina (Jacek Kowalski), Helsinek (Aleksandra Pezda), Lizbony (Agnieszka Urazińska) i Londynu (Wojciech Pelowski). Ich zadaniem było m.in.: znaleźć dach nad głową, pracę, słowem dowiedzieć się - jak tam jest naprawdę, poznać Polaków na emigracji i zapytać ich, czego się nauczyli, czy i z czym wrócą do Polski.
Ten blog to ich dziennikarski notes, tyle że prowadzony w internecie - zapraszamy do wpisywania uwag, komentarzy, sugestii.
Szczegóły „Przystanku Europa” niebawem na łamach „Gazety” i na antenie TVN24.

17:16, redakcja
Link Dodaj komentarz »
Wpis po nocy o północy
Jak zwykle wpisuję się ostatnia. Jest przed północą (Wrocław, Polska), a ja dopiero ściągnęłam do domu. Kończyłam reportaż.
Klucze przez roztargnienie powisiały przez chwilę w drzwiach, w lodówce czekają na mnie dobrze schłodzone gazety, a i korkociąg się tu zaplątał...No trudno, nie mówię, że jestem do końca normalna. Samba prawie na full, ale nie tak głośno, żeby policja się wpraszała na imprezę. Mundurami zajmuję się w pracy.
Na łóżku śpi wielki, czarny kot jedzący czekoladowe ciasteczka. Poznajcie Nikę, moją kotkę (1,5 roku - jak by to dodano w pewnym popularnym dzienniku :). Ja mam na imię Karola. Mam 24 lata, i z każdą chwilą tracę nadzieję na to, że jeszcze wyrośnie ze mnie ktoś porządny, nie zapominający o zapłaceniu rachunków i kupieniu kociej karmy. Uspokajam miłośników zwierząt - prawie cała moja rodzina to lekarze weterynarii. Udzielają mi konsultacji także telefonicznie.
Moje życie jest zwariowane od kiedy pamiętam. Walizki, przeprowadzki, ciekawi ludzie, egzotyczne języki wokół. Z Hiszpanii wzięłam uśmiech i energię zaklętą w tańcu. Z Maroka pogodę ducha i obsesję na punkcie kolorów. Z Czech radość zabawy.
Teraz jadę do Barcelony. Kocham to miasto. Znam je bardzo dobrze, bo miałam okazję pomieszkać i tam. Przepiękne miejsce, do którego chce się wracać. Znalazłam stronę ze zdjęciami, zobaczcie!
Strona niemiecka, gdzie ordnung muss sein, więc możecie spojrzeć tu na miasto z perspektywy kilku kategorii. Bez bałaganu znaczy się i chaosu.
Już od niedzieli wczuję się w studentkę, która będzie szukać pracy.
Jestem też ciekawa:
  • jak żyje się tam Polakom,
  • jak przyjmują ich Katalończycy, którzy tak bardzo dbają o swoją autonomię, że pytają nawet czy mówisz po katalońsku, nie po hiszpańsku,
  • czy dostają pracę na miarę swoich ambicji i możliwości?
Na bieżąco będę Wam relacjonować wszystko, czego się dowiem.
Jedno jest pewne - nawet jak będzie mi trudno, postaram się przekazać Wam klimat i magię tego miasta. Chcę, żebyście poczuli, jak żyje Barcelona. I zbiorę takie informacje, żeby każdy, kto pojedzie tam po mnie, miał już przetarty szlak.
Słowem - kluczem dla mnie jest „akcja”. We wrocławskim oddziale Gazety Wyborczej pracuję jako dziennikarz kryminalny. Tematy, o których piszę dostarczają czasem tyle adrenaliny, że wystarczyłoby dla całej naszej redakcji i połowy miasta.
A zatem - do dzieła. Wylatuję w niedzielę. Trzymajcie kciuki.
09:25, karolina-lagowska , Hiszpania
Link Komentarze (10) »
czwartek, 25 maja 2006
Wieczorkiem, przy kawie...

No dobra - przyznaję: siedzę i myślę już od godziny o wyjeździe do Dublina, a moje swobodne myślenie stopniowo przechodzi w czarnowidztwo; od kilkunastu minut jadę na nutę " naprawdę-będzie-źle".

Ja, urodzony optymista - wyobrażacie to sobie? ;)

Wątpliwości.

Bo: czy mój angielski jest na tyle dobry, żeby się dogadać? I czy Irlandczycy nie będą patrzyli na mnie jak na policjanta z Allo Allo (tego od "dziń dybry")? Czy znajdę pracę? Czy nie zgubię się w biały dzień na środku Dublina? A zgubiwszy się, czy znajdę drogę do hotelu z moim "dziń dybry"? I tak dalej. No po prostu just like a woman ;)

Naturalnie żona mnie pociesza, przypominając, że gubię się nawet na swoim osiedlu idąc rano po bułki, więc powinienem przywyknąć, ale jakoś ta pociecha słabą mi się wydawa.....

Gdyby ktoś z Was, żyjących i pracujacych w Dublinie od jakiegoś czasu, mógł dodać mi otuchy dając jakieś konkretne wskazówki co do pierwszych kroków w Dublinie, byłbym wdzięczny.

Do zobaczenia u brzegów An Life ;)

Jacek

PS. Dlaczego wszystkie moje Koleżanki i Koledzy z tego bloga samobiczują się, podając wiek? Czy to konieczne? Pewnie tak. No dobra, niechętnie przyznaję się: jestem stary - mam 33 lata; pamiętam dobrze Gierka, kartki na czekoladę i pomarańcze kisnące w portach przed świętami Bożego Narodzenia. A banana, panie dziejaszku, banana to za moich czasów dzieliło się na pięć części i jadło na raty. Jak już się banan ten trafił w sklepie oczywiście - a trafiał się raz na kwartał... Taaaa... Stary jestem... ;))

j.

22:41, jacek-kowalski , Irlandia
Link Komentarze (9) »
Tam, gdzie pracuje już połowa Polski

Londyn był dla mnie dotąd przystankiem. Znam lotniska: w drodze do Hongkongu, Miami i Quito przesiadałem się na Heathrow. Moloch. A do Lusaki w Zambii leciałem przez Gatwick. Drugi moloch. Bywało, że przystanek z lotniska przenosiłem na Soho, spotykając znajomych, których w Londynie ma już chyba co drugi Polak.

Dziś znajomym z Londynu mam być ja.

Dotąd podróżowanie po świecie organizowałem jako wakacje połączone z reportażami do „Gazety”. Nie zastanawiałem się nad własnymi kwalifikacjami przed podróżami, bo nie było po co. Zastanawiam się w tej chwili. Skończyłem filozofię i ekonomię. W „Wyborczej” pracuję od pięciu lat. Piszę o polityce, samorządzie i gospodarce. Na co dzień w Krakowie. Mówię po rosyjsku, po angielsku się dogaduję, więc w Londynie chcę nauczyć się mówić zupełnie poprawnie.

Mam wiec dziś znaleźć i pracę, i szkołę.

Jeszcze tu wrócę.

20:46, wojtek.pelowski , Wielka Brytania
Link Komentarze (9) »
helsinki...

jeszcze tam nie dotarłam, ale już szykuję kozuszek: 15 stopni, pada śnieg. Pracę to można tam znaleźć w przemyśle metalurgicznym, chyba za słaba fizycznie jestem. Naoglądałam sie filmów i wolałabym zostać taxidriverem. To mi się też nie uda, bo nigdy nie nauczę sie wymawiać po finlandzku (sic!) nazw helsińskich ulic. W knajpie się nie zatrudnię bo klienci plus wrzątek to dla mnie bariera nie do przejścia. Rybołówstwo - w to celuję. Ola

Boa notie

To pierwszy zwrot po portugalsku, jakiego się nauczyłam. I pewnie nie ostatni, bo lada dzień lecę do Portugalii. W dodatku po to, żeby szukać pracy. I ją znaleźć! To się może okazać mocno interesujące, bo nie starałam się jeszcze o zatrudnienie w kraju, którego języka nie znam. Ale w końcu po coś są wyzwania.

Mam na imię Agnieszka i od pięciu lat pracuję dla Gazety Wyborczej w Łodzi. Pisywałam już o zwierzętach, mieszkaniach i zdrowiu. Od jakiegoś czasu zawodowo najwięcej uwagi poświęcałam policjantom. A od dziś także Portugalii. Zaczęłam od internetu. Ciekawe doświadczenie. Wpisuję "praca-portugalia" - wyskakują strony o zabytkach. Cenna informacja: 'praca' - tylko z ogonkiem przy 'c' - to po portugalsku 'plac'. Tak mi się przynajmniej wydaje.

Życzcie mi powodzenia. Bo czuję, że bardzo mi będzie w tej Lizbonie potrzebne.

19:30, agnieszka.urazinska , Portugalia
Link Komentarze (3) »
Jak zostać Grekiem?
Cześć

Nazywam się Marcin Sztandera, mam 27 lat i od kilku lat jestem dziennikarzem „Gazety Wyborczej” w Kielcach. Teraz mam okazję na własnej skórze spróbować, czy mam szansę na znalezienie pracy w Grecji. Trochę się tego obawiam, bo jeżeli chodzi o język narodowy tego pięknego kraju będę musiał ... udawać Greka. A i mój angielski też nie był dawno trenowany.

Samego wyjazdu się raczej nie boję. W 2000 roku, w podobny sposób, jako student, pojechałem do Madrytu. Oczywiście hiszpańskiego też „no entiendo”. Ale mimo wszystko udało mi się przez 3 miesiące pracować w ekipie remontowej, bo na tyle pozwoliły moje umiejętności zawodowe. Trochę poznałem ludzi, piękne miasto oraz ulubione rozrywki jego mieszkańców.

Mam nadzieję, że w Atenach będzie podobnie. Może nawet będzie troszkę łatwiej, bo teraz w Grecji oficjalnie łatwo o legalną pracę. Liczę bardzo na pomoc weteranów, którzy już tam byli i są.
18:33, marcin.sztandera , Grecja
Link Komentarze (1) »
Zanim wyruszę, czyli od dawna już jest mi zielono
17 marca 1996 roku urodził się mój pierwszy syn. Byłem wówczas w Poznaniu, uczestnicząc w - powiedzmy eufemistycznie - zabawie z okazji Dnia św. Patryka. Kto z Poznania, ten zrozumie o czym mówię ;) . Wtedy po raz pierwszy z moim życiem splotła się Irlandia: bo przecież 17 marca to Jej święto. Ale nie był to ostatni raz: jeszcze randki przy dźwiękach kobranockowego ”Kocham cię jak Irlandię”, były popisy wokalno - taneczne z okazji kolejnych Patryków (gdzie i kiedy - zmilczeć muszę z powodu palącego uszy wstydu ;) ). Krótko mówiąc: pokochałem Irlandię platonicznie, chociaż nigdy tam nie byłem, a przez Ulissesa nie przebrnąłem do dzisiaj, mimo specjalizacji (filologia polska).

Potem skończyłem studia, wróciłem na stare śmieci. Wchłonęła mnie dziennikarka (robota dziennikarska czyli, a nie co innego;) ) - od 1997 roku obserwuję i piszę, piszę i obserwuję. Reportaż, felieton, zwykła notatka prasowa - wszystko, co odda najwierniej fragment pulsującej rzeczywistości. Pracuję w Gazecie Wyborczej w Bydgoszczy. Stąd też ruszam w niedzielę na podbój Irlandii, a dokładniej - Dublina. Spróbuję poszukać sobie tam pracy. Jak będzie - zobaczymy.

Serwus - do następnego razu.
16:53, jacek-kowalski , Irlandia
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5