Sześcioro dziennikarzy Gazety Wyborczej przez kilka dni na własnej skórze sprawdzało czy łatwo jest znaleźć pracę za granicą. Ten blog, to ich internetowy notes, o tyle niezwykły, że każdy może tu wpisać swoje komentarze, rady, uwagi. Szczegółowa relacja z dziennikarskiej misji niebawem w Gazecie Wyborczej i TVN 24
Kategorie: Wszystkie | Finlandia | Grecja | Hiszpania | Irlandia | Portugalia | Wielka Brytania
RSS
wtorek, 30 maja 2006
Helsinki - doleciałam

Przez Amsterdam wprawdzie, ale dało radę. Holenderskie linie bardzo przyzwoicie zajęły się moim bagażem - plecak doleciał. Autobusy o północy to nie mit- jeżdżą, a kierowca pomógł mi wysiąść na właściwym przystanku. 3,6 euro z portu lotniczego do niemal centrum.  Zaryzykowałam i z  proponowanego noclegu skorzystałam - i tu niespodzianka: koleżanka Oli z bloga u której miałam zamieszkać  - Dagny, dzieli lokal z ...Dominikiem, z którym i tak miałam się spotkać. Naprawdę przypadek! - Ja też pierwszy adres w Heslinkach dostałam od dziewczyny poznanej na promie - bagatelizuje Dagny. Oboje studiują na Akademii Sztuk Pięknych - Kuvataideakatemia, czasem ze stypendiami, czasem bez. Razem wyszli po mnie na przystanek i dzisiaj nocuję w ich studenckim mieszkaniu (normalnie trzeba płacić 240-300  euro za pokój we wspólnym mieszkaniu,po fińsku hoas, chyba że na głębokich przedmieściach, wtedy wystarczy 170 euro miesięcznie; a za studenckie płacą 180 euro). Trzeci współlokator Pablo z Chile  zrobił mi fińską kanapkę: tosta z sadzonym jajeczkiem i posmażaną parówką  - pycha! Jutro idę malować z chłopcami halę na ich uczelni- dostali taką robotę w ramach uczelnianej pomocy studentom. Za godzinę ok. 10 euro. Ale ja się chyba nie załapię: - Musiałabyś mieć konto, adres i kartę podatkową - straszy Dominik. Bo Finowie to legaliści maksymalni. Na przykład Dominik próbuje załapać się do pracy w ogrodnictwie, czyli na cmentarzu. Powinien złożyć podanie w styczniu i czekać aż się zwolni miejsce - wtedy dzwonią do kolejnych osób z listy.  Siedzimy nad żubrówką, Dagny pokazuje fotki z Laponii (właśnie wróciła z wyprawy autostopem, w trampkach na śnieg), za oknem jaśniutko. Jest niewiele po drugiej w nocy (!). Kiedy pprzed pierwszą szliśmy, też nie potrzebowaliśmy latarki. Ale to namiastka, żeby podziwiać  prawdziwe białe noce trzeba by się wybrać bardziej na północ.
Jutro szukam pracy. Ma przyjść Tomasz - Czech, który pracował dorywczo w domu opieki społecznej, ale już wyjeżdża. Może zdobędę posadę po nim...

poniedziałek, 29 maja 2006
Wieczor na Caledonian
Zdazylem dzis:
  • nie spoznic sie na samolot z Krakowa,
  • spoznic sie na samolot z Zurychu do Londynu,
  • nie spoznic sie na kolejny,
  • doleciec na City,
  • kupic tygodniowego 'oystera' na trzy strefy - karte na metro i autobusy - 26 funtow (dzięki za podpowiedzi),
  • znalezc hostel i mieszkanie.
Tak wiec jestem w Londynie! Jedyna przygoda po drodze to spozniony samolot z Krakowa, przez ktory zostala mi juz tylko resztka wieczoru (choc w Anglii dzis byl dzien wolny, wiec - 'zawodowo' - stracilem niewiele). Wybralem wiec mieszkanie znajomych Polakow. Caledonian Road - tak sie ulica nazywa. Dzielnica wcale nie polska, ale obok fryzjer 'Magdalenka' i dwa polskie sklepy. Polska konkurencja jest spora, jadąc metrem polski głos słyszałem dwa razy.

Piątka mieszka w czterech pokojach (przekrój zawodowy od pubów, przez agencję nieruchomości po giełdowe ambicje). Opowiadaja, jak angielscy znajomi jednego z nich zorganizowali sobie weekend kawalerski w Krakowie. Ten, ktory wlasnie sie skonczyl, z papiezem Benedyktem. Ale bez alkoholu. Niezapomniane wrazenia)).

Dobrze. Pora wyjsc do tego miasteczka. Wroce tu, kiedy cos znajde.
22:59, wojtek.pelowski , Wielka Brytania
Link Komentarze (12) »
Pierwszy dzien i juz cos, czyli wiwat FAS

Glowa peka, kregoslup odmawia posluszenstwa - taki bilans pierwszego dnia szukania pracy. I - pewna oferta, ktora byc moze sie zisci juz jutro. Trafnie powiedziane: chcesz miec prace w Dublinie - kup wygodne buty ;) . Ale po kolei.

Zanim odkrylem FAS, czyli po prostu panstwowe biuro posrednictwa pracy (bo sa i prywatne, tez niezle prosperujace - o nich jutro) nalazilem sie po Dublinie jak glupi. Szukalem w sklepach kartek z informacja, ze szuka sie kogos do pracy. Ale takich kartek w Dublinie juz nie ma. Bo jest za to tutaj 120 tys. Polakow z numerami PPS - czyli po prostu zewidencjonowanych - ktorzy wszystkie takie oferty wylapali. Pozostaje lazenie i pytanie: sklep od sklepu, biuro od biura. Pozostaje tez Polska Gazeta - centrum polskosci w miescie (oprocz kosciola Dominikanow i... pubu Zagloba). Zaczalem od Polskiej Gazety - mnostwo ogloszen, ale w przewazajacej mierze szukaja inzynierow. Odpadam, bom humanista;) Okolo poludnia, po zlezeniu polowy Dublina, zyczliwy Polak podpowiedzial mi pojscie do FAS.

FAS-ow w miescie jest kilka. Ja bylem w tym na Jervis St. - od Henry St. (przy wielkim pomniku szpili) w Mary St. i od niej w bok. I juz. W FAS trzeba sie zarejestrowac (wtedy jest wiecej mozliwosci). Przemila pani wziela ode mnie namiary (0 euro), spytala, czy chce tlumacza (nie chcialem). Potem moglem skorzystac z jednego z kilku komputerow (kolejne 0 euro), znalezc interesujace mnie oferty i wydrukowac je na miejscu (nastepne 0 euro), a nawet za darmo zadzwonic do potencjalnego pracodawcy. Polecam wszystkim na poczatek - jesli nie ma sie numeru ewidencyjnego PPS i nie jest sie zameldowanym (o tym szerzej jutro).

Zadzownilem, poszedlem, kazali przyjsc jutro. Moze bedzie robota. jaka - tego nie powiem na razie, zeby nie zapeszyc. W kazdym razie z Polskim Sklepem dalem spokoj: za duza latwizna.

Z cyklu dublinskie zdziwienia:

  • nie wiem, czy pisalem juz o tych ich gniazdkach z trzema bolcami: nijak nie pasuje tak normalna wtyczka, z dwoma; ROZWIAZANIE podpowiedzieli mi Polacy (rodak potrafi;) ): trzeba dlugopisem zablokowac gorna dziurke i mozna juz sie podlaczac; OSZCZEDZAMY ok. 3 euro na wtyczke adaptujaca (jeszcze euro i jest na guinnessa ;) )
  • Irlandczycy przy umywalkach maja dwa krany: jeden z goraca, drugi z zimna woda; jako czlek gleboce niedomyslny przez dobe nie moglem zaskoczyc, ze to dla oszczednosci: trzeba zatkac zlew i zmieszac wode z obu kranow i juz
  • moje odkrycie - Lukozade - energetyczny napoj z glukoza; pomaga biegac po miescie w poszukiwaniu roboty i jest tanszy od kawy; wszedze w sklepach tego pelno, ale UWAGA: ceny sa rozmaite: przyzwoita to ta ok. 1 euro, nieprzywzwoita - ok. 2 euro; blisko Gardineer St. znalazlem sklepik, gdzie jest na to promocja - 55 centow; UWAGA NR 2: nie kupowac oryginalnego smaku - nie da sie pic ;)) lepiej kupic cytrynowy
  • radze szerokim lukiem omijac to, co nazwyaja tutaj eufemistycznie mlekiem - jakies zmienione chemicznie swinstwo, ktorego nie da sie pic. UWAGA: Nie ma wyjatkow od tej reguly ;)

Tyle na dzisiaj. Pozdrawiam Polakow w Polsce i w Irlandii

Do jutra

21:09, jacek-kowalski , Irlandia
Link Komentarze (32) »
aaaaa pilnie szukam pracy

Miasto na dobre budzi sie okolo dziesiatej. O osmej nie kupisz nawet bulki, wszystko pozamykane.Ale stoiska z prasa na szczescie juz dzialaja.
- Buenos dias, Karola - wita mnie Jorge, sprzedawca gazet na Ramblas. W niedziele wykupilam u niego caly zapas gazet z ogloszeniami o pracy. Chyba ze trzy kilo.I co? Kiepsko. Jorge doradzil: szukaj w knajpach, bo tu duzo turystow i z napiwkow dostaniesz dwa razy tyle co za prace.


Dobra, Jorge. Milego dnia. Cala torba cv, zdjec nie mam. Ruszam na lowy.
Knajpa numer jeden. Usmiechnieta senora potwierdza, ze ogloszenie wywieszone na szybie jest aktualne. Zostawiam cv, maja sie odezwac. Troche problem, ze nie mam hiszpanskiego numeru telefonu. Na polski nikt sie nie bedzie wysilal - zdradza mina kobiety. W koncu umawiamy sie, ze zajrze za dzien-dwa.
Dzien-dwa to troche pozno, ja bym chciala prace juz! Kolejne miejsca, kolejne cv. Ubylo 14.
W egipskiej restauracji potrzebuja kelnerek. Lubie Egipt. Zreszta nawet niechby sprzedawali pieczone sfinksy, co za roznica.
- To ja zostawie CV, dobrze? Ale odezwijcie sie szybko - prosze.
- Spokojnie, co sie seniorita tak spieszy.
Pani, chyba szefowa obslugi pokazuje mi plik dokumentow. Doslownie: plik. Chyba z 50 ofert.
- Nawet jak kogos potrzebujemy szybko, to trwa. Dwa, czasem trzy tygodnie.
Madre mia...Chyba troche sie podlamalam. Ide do ruskiego sklepu. O polskim nikt nie slyszal, ale jest rosyjski, wiec juz niezle.
Zoja, ekspedientka, mowi,ze czesto przychodza tu Polacy. Po chrzan, kielbase, bialy ser. A po smietane to nawet Hiszpanie. Swoa maja tylko slodka. Do kawy, lodow-jasne. Ale do pomidorow nie dodasz.
A w rosyjskim sklepie natykam sie na diabla. Ma rogi, podwojne nawet i srebrna twarz. Szpony na kilka centymetrow i czarne futro. I mowi po polsku!
- Jestem diablem od 1999. Siedze na Ramblas, turysci zawsze cos wrzucaja - mowi Slawomir Mazur.
Musi wracac do pracy. Ja nie, bo jeszcze jej nie mam.
Chyba zlapalam dola.

PS a moze ktos z pieknej Barcelony czyta tego bloga?i moze wie przypadkiem, gdzie mozna znalezc prace, ale teraz, najszybciej,a nie za trzy tygodnie?

17:18, karolina-lagowska , Hiszpania
Link Komentarze (34) »
Helsinki o północy

a na razie Berlin. Dojechałam ze Szczecina busem - od nas takie chodzą na życzenie, jak na stałej linii miasto-lotnisko. Do Berlina mam sto kilometrów, dojazd kosztuje 75 zł. W związku z tym nigdy chyba nie wylecę z Warszawy - to by oznaczało sześć godzin w pociągu za ponad sto złotych.

Już po odprawie, czekam na lot do Amsterdamu, Helsinki w związku z tym niedostępne nadal. Będę dopiero o północy. Liczę, że holenderskie linie nie zapomną przełożyć mojego plecaka na pokład drugiego samolotu. Ola z bloga zaproponowała pierwszy nocleg - u koleżanki, też Polki. Nie zdążyłam zamówić hotelowego pokoju, poszukam więc następnego dnia. Mam przyjąć zaproszenie? ...Dojadę nocnym autobusem. Nazwa przystanku jest nie do wymówienia, chociaż u jej źródeł tkwi niewątpliwie „swojsko” brzmiące railwaystation, ale nasycone jeszcze wieloma samogłoskami. Do wszystkich wskazówek Ola dołączyła jeszcze dopisek: nie martw się tu jest bezpiecznie.....Jest...?
Od środy szukam pracy z Dominikiem. Szwagier koleżanki. To znaczy, na razie umówiliśmy się, że będę mu towarzyszyć podczas jego poszukiwań. Dominik poprawia w Helsinkach swoje umiejętności graficzne. Ale żeby studiować, musi zarabiać. - Mówią, że w Helsinkach jest mnóstwo ofert pracy. Tylko ja chciałbym wiedzieć gdzie - powiedział mi z przekąsem. Oczywiście - są to oferty wyłącznie w języku fińskim. Dominikowi stuknęły dwa lata w Helsinkach, ale dopiero zaczął sobie dobrze radzić z mówieniem. Mam jeszcze kontakt do firmy handującej drobiem z Polską właśnie. Może i tam potrzebują pracowników. Kupiłam przewodnik - zaniżają ceny hoteli.

Napisali o Przystanku...

O dziennikarskim desancie na Europę zaczyna być głośno. O naszym blogu można przeczytać na m.in. na blogach dziennikarz.pl, Media Cafe Polska i brief.pl. O wyprawie mówi też TVN 24, oraz napisały serwisy medianews, Medialink.pl, Media2.pl, Wirtualnemedia.pl, prnews.pl, Mediaregionalne.pl.

Poniżej linki do artykułów, które lokalne redakcje GW napisały o swoich dziennikarzach:

  • Aleksandra Pezda
  • Marcin Sztandera
  • Karolina Łagowska
  • Jacek Kowalski
  • Agnieszka Urazińska
  • Wojciech Pelowski
16:05, redakcja
Link Komentarze (2) »
Grecja - dzień drugi -cd.

Witam ponownie.

Jestem w osławionym miejscu - przy polskim kościele na ul Mihail Voda. Tu podobno trafiają wszyscy Polacy. Po pierwsze, na ogrodzeniu kościoła jest sporo ogłoszeń w naszym pieknym języku, nie tylko o pracy. Dominują jednak ogłoszenia zaczynające się od słów: "Szukam pracy". Ja, zanim tu dotarłem, zaliczyłem najpierw kilka polskich sklepów i już zostawiłem swój numer telefonu, bo podobno to najlepszy sposób poszukiwania zatrudnienia, czyli przez znajomych.

Na Mihail Voda zaskoczyło mnie coś jeszcze. Jest dużo napisów w stylu: "Prosimy o nie przesiadywanie i nie picie alkoholu przed sklepem. Nakaz policji. Dziękujemy". Nie trudno się domyśleć, dlaczego pojawiły się takie apele. Wiele osób, ktore pytałem, jaka opinią cieszą się Polacy, odpowiadało tak samo - Grecy mówią: Polak dobry, dużo umie zrobić, ale pod warunkiem, że nie pije.

Sami Polacy jak dotąd zachowują sie wręcz wzorowo. Radzą gdzie iść i z kim rozmawiać. Szczególnie dziękuję Pani Wioli ze sklepu z telefonami komórkowymi i pani Hani z polskiego supermarketu.

To na razie tyle

14:51, marcin.sztandera , Grecja
Link Komentarze (5) »
Pozdrawiam z ciepłych krajów!
Tłumik dotrwał do Warszawy. Za to gdy zobaczyłam maleńki samolocik, jakim miałam ruszyć na podbój Portugalii, trochę się zmartwiłam. Mały jakiś, nie wyglądał solidnie. Kiedy ruszył, trząsł się cały i skrzypiał. Taki Fiat 126 P. Tylko ze skrzydełkami. Do tego regulaminowa instrukcja obsługi maski i kamizelki awaryjnej. I trzy strefy turbulencji po drodze. Ledwo samolot wzniósł się na odpowiednią wysokość i mogliśmy odpiąć pasy, stewardessa poinformowała, że można kupować (tanie linie, niestety) napoje i kanapki. Mimo, że „gorący kubek” kosztuje w powietrzu aż pięć złotych, podwójny sandwicz dziesięć, a maleńki „żywczyk” aż siedem, większość pasażerów poczuła, jak na komendę, ogromny głód. Przy okazji zakupów spożywczych u stewardessy zagaiłam o latających do Portugalii Polaków. – Tłoku nie mamy – przyznała. – Nie zauważyłam, żeby Polacy ruszyli po otwarciu rynku pracy na podbój Portugalii. Raczej turyści z nami latają.

„Nieprawda, ja do pracy” – pomyślałam sobie.

W Lizbonie wylądowaliśmy grubo po północy. A tam mokry upał, aż zatyka. Blisko 30 stopni. Czekając na bagaże podróżni zdejmowali z siebie co mogli i ocierali pot z czoła. Hotelik w Lizbonie udało mi się znaleźć wcześniej, przez biuro podróży. Postanowiłam nie kusić losu i dotrzeć tam z lotniska taksówką. Taksówkarz był bardzo miły. Po angielsku umiał tylko powiedzieć ‘fiftin euro madam’, bo tyle zażyczył sobie za kurs. Próbowałam się dowiedzieć, czy zna jakichś Polaków. Na to hasło się ożywił. – João Paulo! – wykrzyknął radośnie. - Bom Papa!

I posmutniał. Innych Polaków nie znał.

Dziś rano dowiedziałam się w recepcji, że nasi rodacy często pojawiają się w Lizbonie. Ale raczej wydają tu pieniądze, a nie zarabiają. Recepcjonista przyznał, że w Portugalii jest spore bezrobocie i łatwo tu z pracą nie będzie. Ruszam w zalane słońce miasto, żeby sprawdzić to na własnej skórze.

PS: Dziękuję wszystkim za miłe słowa w sieci. Nawet nie wiecie, jak tego człowiekowi na obczyźnie brakuje...
12:55, agnieszka.urazinska , Portugalia
Link Komentarze (17) »
Trzy sprawy
  1. fkoval2, bladosso, aaa, Londyńczyk – dzięki za rady i, momentami, ciepłe słowo)).
  2. Wstępnie znalazłem i hotel, i miejsce w mieszkaniu z rodakami.
  3. To pa z Pl.
10:05, wojtek.pelowski , Wielka Brytania
Link Komentarze (9) »
grecja - dzien drugi

No dobra. Oberwalo mi sie za bledy ortograficzne. Przepraszam wszystkich urarzonyh. Ale to klawiatura z greckimi znakami. Przepraszam.

Wlasnie wybieram sie na miasto w poszukiwaniu kontaktow i pracy. Kochani mieszkancy Aten i Polski, a moze Wy macie jakis kontakt i cos mi mozecie doradzic? Odezwijcie sie, prosze.

09:28, marcin.sztandera , Grecja
Link Komentarze (6) »
niedziela, 28 maja 2006
Przed „Hamerszmitem”

Czytam, że koledzy już pierwsze koty za płoty. Ja dotrwalem do końca prohibicji w Krakowie. Wróciłem do domu przed komputer. Bilans przygotowań mam taki:

- Wysłałem kilka maili.

- Zdobyłem z 10 telefonów do znajomych znajomych, którzy w Londynie pracują.

- Zadzwoniłem do kilku z nich.

- Sprawdziłem ceny hosteli i hoteli. Nie jest tanio. Zresztą, co ja piszę! Jest nieprzyzwoicie drogo!!! Coś tam sobie zaklepałem na początek.

- Dowiedziałem się, że polska dzielnica to okolice „Hamerszmitu”. Tam są polskie sklepy, dom kultury, szkoły językowe. Choć tych ostatnich podobno więcej na Oxford Street.

- Dodałem kilka nowych produktów do listy zakupów.

- Wiem już, że najwygodniej będzie mi kupić travelcard - zones 1&2&3.

Spadam się pakować.

Piszcie.

A, czy na lotnisko London City jeździ metro?

22:37, wojtek.pelowski , Wielka Brytania
Link Komentarze (6) »
Wasz człowiek w Dublinie, czyli pisane na gorąco
No to jestem - od czterech godzin. I tak średnio przypada mi jedna nowa znajomość na godzinę - mowa o Polakach. No cóż - to nie przesada: język polski rzeczywiście w Dublinie słyszy się na każdym kroku. Mam też jedną propozycję pracy, ale o tym jutro - zobaczymy, jak się to uda zrealizować.
Jestem trochę zmęczony, nie ukrywam. Więc dzisiaj garść wrażeń na gorąco:
  • Henry St. - przepiękna; można się zagubić łażąc po tej ulicy
  • Igła - pierwszorzędna ;) (dla nie-dublińczyków: mówię o pewnym pomniku; jak opanuję technikę wrzucania zdjęć do netu, pokażę wam)
  • dzieki Bogu za Burger Kinga ;))
  • sklepy - mimo niedzieli - otwarte jeszcze o tej godzinie (jest 17.50)
  • polskie sklepy, polski język, polskie biuro podroży - to normalka
  • polskie jedzenie leży w sklepach z azjatyckimi przysmakami - to mi ciekawostka ;)
  • DROGO jak ch...era: hamburger prawie 4 euro, napój 1,70, a jak ktoś jest jeleniem i nie nosi długopisu, to mu wlepią z logo Guinnessa za 3 euro ;)
Moi Drodzy - tyle na dzisiaj, bo lecę z nog. Dzięki PLL Lot doleciałem bez przeszkód. Dzięki Damianowi (naprawdę dzięki, Damian ;) ) dojechałem bez przygód do Centrum. Dzięki Darkowi (ogromne dzięki Daras ;)) ) znalazłem nocleg w hotelu z przyzwoitymi cenami, a dzięki Monice (serdeczne ukłony) chyba prawie mam juz robotę.
Naprawdę: wybaczcie. Umieram. Dublin jest cudowny, ale wykańcza człowieka, toteż z żalem zamykam dzisiejszy wpis. Choć pisać byłoby o czym jeszcze długo.
Do jutra
Jacek
19:04, jacek-kowalski , Irlandia
Link Komentarze (27) »
No to ruszyłam.

Lisbon Story? Też zaczęłam citröenem CX-em, tylko że ten wciąż jeszcze ma tłumik. Ale nie mówię ‘hop’, bo nie dotarłam jeszcze do stolicy. Jak dobrze pójdzie to za jakieś trzy godziny zmienię środek lokomocji na bardziej lotny, bo nie chcę skończyć jak filmowy Philip. Mam nadzieję, że moja podróż będzie spokojniejsza.

Żegnam burzową Łódź. Przez tydzień zamierzam się dowiedzieć wszystkiego, co możliwe, o pracy w Portugalii. Przejdę Lizbonę w poszukiwaniu naszych rodaków, spytam jak im się na iberyjskim lądzie wiedzie. Przekażę Wam rady od Polaków, którym już się tam udało. Liczę, że i mnie się uda znaleźć pracę. Zaczynam jutro od odwiedzin w Cascais, kurorcie oddalonym 30 km od Lizbony. Mam już umówione spotkanie ze specjalistą od zatrudnienia w tamtejszym Centro de Empleo. A przy okazji sprawdzę, jakie szanse na zatrudnienie w kurorcie ma Polka. I – co tu kryć – nie mogę powiedzieć, że się nie boję....

18:45, agnieszka.urazinska , Portugalia
Link Komentarze (8) »
Buenos dias, Barcelona!

No i wreszcie w Barcelonie...

Wyleciam z Okecia bez problemow (Marcin, ciekawie miales;), posiedzialam troche w Duesseldorfie i znalazlam sie na hiszpanskiej ziemi. Gorace powietrze buchnelo na ludzi juz przy wysiadce z samolotu. Slonce cudowne, dla mojego aparatu troche zbyt piekne- nic nie widac i robie zdjecia w ciemno. Moga byc dziwne...24 stopnie. Ale prawdziwe 24, czyli tak jakby w Polsce bylo o dziesiec wiecej. Dotarlam do autobusu jadacego z lotniska na Plaza de Catalunya, czyli do samego centrum. Ciezka ta walizka, ale Hiszpanie sa tacy szarmanccy..

-Nie mecz sie, ja to wniose.

-Poczekaj, pomoge.

Wow..to sie nazywa szacunek dla kobiet!A potem, tak jak juz Wam pisalam, uderzylam na las Ramblas. Glowny deptak Barcelony i jedna z najpiekniejszych ulic Europy. Mimo ze scisle centrum, w poblizu mozna znalezc noclegi w przyzwoitej cenie, trzeba troche poszukac. Usiadlam zmeczona na lawce, w mig przysiadl sie energiczny emeryt.
- Juan jestem.Moze szuka pani hostelu?
- No szukam.
- Tu blisko jest piekny, niedrogi.
Idziemy. Taaa..niedrogi.Wlasnie tak pomyslalam jak zobaczylam marmurowa posadzke i mebelki empire. Trzycyfrowa kwota wywolala usmiech na twarzy Juana. Na mojej tez. Gracias, Juan. Poszukam sobie sama.
Ramblas i pobliskie uliczki pelne sa hosteli z cennikiem dostepnym dla mlodych turystow. Maja jedna wade - prawie wszystkie sa full. Completo. LLeno.  
Ale w jednym mowia, ze sa wolne pokoje.Wdrapuje sie z walizka na trzecie (!)pietro. Za kontuarem tajemniczy Hindus i jego zagadkowy usmiech. Z pomieszczenia obok wychodzi jeszcze trzech podobnych z identycznymi usmiechami. Wyszczerzam zeby i pytam o pokoj.
-23 euro. Lazienka na korytarzu. 
- Ok, zawsze to lepsze niz spanie na dworcu, jak nic nie znajde.zobacze pokoj.
- jest twoj- szczerzy sie Hindus.
- Madre mia..-wyrywa mi sie. Jakas kanciapa dwa na dwa, drzwi nie otworzysz jak nie przesuniesz lozka. A Hindus mi tu jeszcze o swojej grupie hatha jogi,kobiet potrzebuja. Do medytacji. O nie, kochani. Wychodze. A walizke pan Hindus mi zniesie osobiscie. Na sam dol.

ps1 od dzisiaj blog bedzie bez polskich znakow.sorry, ale hiszpanskie klawiatury nie przewiduja czegos takiego jak znaki diakrytyczne. nawet malpe sie wpisuje inaczej, o czym zdazylam zapomniec. malo brakowalo, a nie wyslalabym maila
ps2 chwile pozniej znalazlam super hostel. pokoj jedynka, z lazienka, widok na hiszpanskie cudowne podworko. 35 euro. na dwie noce, bo potem maja rezerwacje, ale cos znajde.Mowilam,ze sie da. Tylko trzeba poszukac

18:24, karolina-lagowska , Hiszpania
Link Komentarze (16) »
Pierwsze kroki w Grecji
Juz jestem w Grecji!!! wyladowalem dzis o 2.15 czasu miejscowego, czyli godz. pozniej niz czasu polskiego.
Ta podroz zaczela sie w niezwykly sposob, juz na lotnisku Okecie okazalo sie, ze samolot ma problemy techniczne. Kapitan napierw grzecznie poinformowal, ze zgasna swiatla, zeby mogli zrestartowac system komputerowy. I faktycznie zgasly swiatla, potem przyszli mechanicy , cos pogrzebali w kokpicie. - To najbardziej skomputeryzowany samolot uzywany przez lotnictwo pasazerskie - uslyszalem, bo siedzialem zaraz za kabina pilota. Nie brzmialo to zachecajaco...
Start mielismy z pietnasto minutowym opoznieniem. I byloby calkiem dobrze, gdyby nie turbulencje. Kapitan uspokaja, ale potem poinformowal, ze na zewnatrz jest minus 60 stopni celcjusza, bo jestemy na wysokosci 11 tys. metrow.
Na lotnisku wyladowalimy jedak przed czasem. Port w Atenach jest olbrzymi i od poczatku obawialem sie, ze zabladze. Bylo 2.30 w nocy i planowalem przeczekanie do rana wlasnie w poczekalni. Ale usmiechnal sie do mnie los
Odebralem bagaz, jako ostatni i wtedy sie okazalo, ze starsza kobieta, ktora leciala ze mna, nie moze znalesc swojej torby. Na pytanie obslugi lotniska: Do You speak English? Kobieta zobila wielkie oczy i swojsko odpowiedziala: Co? Nie rozumiem.
No wiec sprobowalem tlumaczyc. Dobrze poszlo i bagaz sie znalazl na lotnisku w Warszawie. A pani Jadwiga powiedzala, ze musze skorzystac teraz z jej goscinosci. No i trafilem do mieszkania jej corki malarki. Pierwsza noc mialem wiec zalatwiona.
Efekt jest taki, ze dzis znalazlem nocleg w centrum miasta i jutro zaczynam szukac pracy, bo mam kilka pomyslow. nadal przeraza mnie tylko jezyk.. Ale to na razie nie istotne, ide zwiedzac Akropol, bo dzis jest podobno bezplatny wstep.
13:50, marcin.sztandera , Grecja
Link Komentarze (10) »
Suomi- Finlandia hermetyczna?

Nadzieja mnie opuszcza. Straszą mnie wszyscy: na żywej polskiej stronie i Finlandii: aurinko.prv.pl (Tomek- dziękuję za zaproszenie!) w temacie praca same minorowe nastroje.

Próbki, proszę bardzo: ”Finlandia to nie Republika Irlandii ani Wielka Brytania. (...) będziesz spał w parku, a to już prowadzi do aresztu i wydalenia z kraju. Nie ma zabawy z adresem zamieszkania - w postaci kartki z hostelu - Twoje nazwisko ma być na tabliczce widoczne dla wszystkich. To samo z ID i kontem bankowym, nie jesteś programistą z doświadczeniem możesz o nich zapomnieć. Wiem, rozpostarłem apokaliptyczną wizję - to wszystko jednak, aby oszczędzić szoku. Tak, tak - Finowie wysyłają wszystkich na kursy językowe i oswajające z ich postrzeganiem świata. Nie czujesz się na siłach - wybierz Celtów!”.

BAILEY: tu się nie da zaatwić pracy na czarno, bo Finowie mają święty stosunek do prawa.

THAYA: to troche paranoiczne,że z jednej strony potrzebują obcokrajowców, bo się starzeją, a z drugiej strony nawet na krótko niechętnie przyjmują

I takie to są polskie wrażenia z Finlandii.
No, więc pomysłowi rodacy wymyślili nielegalny patent - zarabiają „na obrazek”. Czyli domokrążnie sprzedają wydrukowane grafiki komputerowe pod hasłem ”zbieram na leki dla chorego dziecka”.

Oczywiście, tak się bawić nie będę. Wykorzystam telefony do pośredniaków - takich ministerstwo pracy podaje mnóstwo. Jak są skuteczne - dopiero się przekonam.

Faktycznie: Finlandia się starzeje. Bardziej, niż inne kraje Unii Europejskiej - pisze się o tym nawet w raportach rządowych. Przyczyna? Wiek emerytalny osiągnęły dzieci powojennego boomu demograficznego. Finowie przyznają, że bez pracy imigrantów sobie już nie poradzą. Dlatego fińskie ministerstwo pracy wypuszcza elaboraty o potrzebie zatrudnienia imigrantów, zaprasza, ach wita serdecznie i namawia do przyjazdu. Tylko że spośród ponad dwóch tysięcy ofert pracy (zdołałam przejrzeć kilkaset) dla wszystkich zawodów: od traktorzysty, po dyrektora - jest tylko kilka w języku angielskim! Kryteria doboru są proste: jeśli oferta jest tylko po fińsku - jest dla tych, którzy ją zrozumieją. W wersji dwujęzycznej znalazłam raptem kilka ogłoszeń - głównie au pair. Ale - oferta świeża, na CV czekają do połowy czerwca - mogłabym zostać też sekretarką jednego z ambasadorów. Gdybym tylko miała certyfikat oraz 3-letnie doświadczenie zawodowe i trochę chociaż znała fiński (angielski płynnie). Nie mam certyfikatu, odpadam. Z fińskich ofert zrozumiałam, że w okolicach Turku mogłabym jeździć na traktorze. Daliby nawet Johna Deera, co się chwali. No, ale ja na razie „En puhu suomea” - nie mówię po fińsku, mam problemy nawet z powtórzeniem ”dzień dobry”, trudno więc przyjąć, że zrozumiem, które pole należy zaorać. Mimo to, ostrzeżenia zamieszczonego na stronie ministerstwa pracy, że lepiej najpierw znaleźć pracę przez internet, a dopiero potem wybrać się do Finlandii, nie zdążę już posłuchać - jadę w poniedziałek. Aurinkowcy i inni, już na miejscu - liczę na waszą pomoc. Marzę o życzliwym przewodniku po Helsinkach i krainie dwustu tysięcy jezior! Odezwijcie się. Nähdään pian - do zobaczenia!

sobota, 27 maja 2006
Tym razem boa noite:)

Blisko, coraz bliżej. Już niespełna doba na polskiej ziemi i odfrunę odkrywać ląd nieznany. Już się nie mogę doczekać dźwięku języka portugalskiego w realu. Przejrzałam sobie rozmówki. Urocze po prostu. Uczy się człowiek przez całe życie (dzięki drodzy internauci, dzięki Wam przywitam się poprawnie z Lizboną). Nie mam już szans, żeby w poniedziałek zachwycić Portugalczyków płynną portugalszczyzną. Czas się z tym pogodzić!

Wyjaśniła się za to sprawa koguta. Tego, który Jurkowi z działu sportowego kojarzył się z Portugalią (dzięki 'ANIA za czujność). Tak mnie poruszyła historia drobiu, który dokonuje cudów, żeby sprawiedliwość zatriumfowała, że aż opowieść streszczę. Otóż legenda głosi, że przed wiekami wędrowiec, który zatrzymał się na krótko w miejscowości Barcelos, został posądzony o morderstwo. Karą miało być powieszenie. Ostatnim życzeniem skazańca była rozmowa z sędzią. A sędzia właśnie konsumował. Na biesiadnym stole był pieczony drób, kogut konkretnie. Skazany stanął przed sędzią i wykrzyknął, że jest niewinny. - Dowodem mojej niewinności będzie, że temu kogutowi odrosną pióra i zapieje o świcie - miał ogłosić wkazując na upieczony drób. Na to ucztujący ponoć gruchnęli śmiechem, a nieszczęsnego wędrowca zaprowadzono na szubienicę. Ale ucztującym nie dane było skonsumować koguta, bo ten rzeczywiście ożył. I zapiał na dodatek donośnie. Zszokowany sędzia z resztą gości ruszył w pośpiechu pod szubienicę. Skazaniec miał już o tej porze wisieć martwy na sznurze. Ale nie wisiał,zdaje się sznur nie wytrzymał. Wobec takiej kumulacji cudów mieszkańcy Barcelos mogli tylko uznać wędrowca za niewinnego. Tak też zrobili, a kogut stał się symbolem Portugalii. Czy to nie piękne?

Natchnęło mnie. Może ja po prostu na fermie drobiu pracy poszukam?

A, właśnie, jeśli o pracę chodzi, to chyba nie uda mi się nikogo przekonać, że w Portugalii łatwiej znaleźć pracę, niż w Wielkiej Brytanii albo zarobić więcej, niż w Irlandii. Zarobki niskie, język egzotyczny... Ale za to jaka pogoda! W Łodzi chłód i chmury, a dziś podobno w Lizbonie było upalne lato. Grubo ponad 30 stopni! Czy to nie jest zachęcające? W takiej temperaturze od razu robi się weselej.

Tym miłym akcentem kończę na dziś. Proszę wskazówki od znawców przedmiotu i nie tylko. Może ktoś wie o kurzej fermie w okolicach Lizbony? 

22:08, agnieszka.urazinska , Portugalia
Link Komentarze (6) »
Dziwne te ogłoszenia, poszukam sobie sama...

Bez dokumentów i studiów, zapraszamy zwłaszcza imigrantów. Kobiety- takie ogłoszenie znalazłam na hiszpańskich portalach w kilkunastu różnych wersjach. Barcelona, Madryt, Valladolid. Wysłałam cv. Chcą się ze mną spotkać, ale chcieliby też zdjęcie. Robię się podejrzliwa. Sprawdzę, bo coś mi tu nie gra. Rany, no wiem, jeszcze w piątek obiecywałam w redakcji, że skoncentruję się na szukaniu pracy, a nie wątkach przestępczych, ale...sami widzicie. Ciekawi mnie też jak działa hiszpańska policja, ale postaram się, by mnie nie zatrzymali.
W niedzielę o 14- tej będę już w Barcelonie. Nie szukałam noclegu, idę na żywioł. Wiem tylko, że poszukam czegoś w centrum, przy las Ramblas. Dojadę metrem do Barrio Gotico. Tuż przy niej jest dzielnica imigrantów. Kolorowa, głośna, czasem niebezpieczna, ale to tam toczy się prawdziwe życie ludzi spoza Barcelony.Są Hindusi, Arabowie, Pakistańczycy. Taka egzotyczna to ja nie jestem, ale postaram wczuć się w klimat;-) 
A potem? No dobra, powiem Wam: Park Guell Gaudiego. Obowiązkowo, bo chcę odwiedzic monstrualną mozaikową jaszczurkę. Jest taka cudowna...A propos,przy tym gadzie dowiedziałam się kiedyś, jak zginął Gaudi. Głupio. Przechodził przez ulicę i wpadł pod tramwaj. I katedry Sagrada Familia do tej pory nie dokończyli...
A potem? Szukam pracy!

PS Kamil, dzięki za wpis i chęć pomocy. Na pewno skorzystam:)

20:07, karolina-lagowska , Hiszpania
Link Komentarze (11) »
Trochę madrzejszy - liczę godziny do odlotu

Ostatnie kilkanaście godzin do odlotu. Jutro o 10.45 startuję z Okęcia. No właśnie - z Okęcia i Lotem na dodatek, bo okazuje się, że te całe tanie linie to jakaś lipa. Już spakowany, już gotowy. I mądrzejszy o te kilkadziesiąt godzin. Wypełnionych rozmowami, czytaniem blogów ludzi z Dublina (dzięki Szczura ;) ). Mam już też prawie gdzie spać. Prawie - bo sprawdziłem online hostel Isaak - są miejsca. No ale nie zaklepałem sobie łóżka, bo nie ma jak przygoda ;)) Mam nadzieję spędzić jutro uroczych kilka godzin na O'Connel Street. I na pewno trafię na Essex St. żeby znaleźć TEN bar, w którym debiutował Bono z kolegami. To będzie moja niedziela - bo w poniedziałek od rana śmigam po Evening Herald i szukam ogłoszeń o pracy. Plan jest taki: ze cztery godziny sprawdzam co z ogłoszeń można wychwycić, następne cztery godziny (jeśli nic nie znajdę) łażę i szukam po mieście. Zobaczymy, jak to wypali w praktyce.

Podobno w Irlandii straszna drożyzna. Prawda? Napiszcie, ile co kosztuje. Jakiś chlebek, mleko - no i Guinness z kija ;) Słyszałem też, że można spokojnie wyżywić się w Aldiku (ponoć sporo Polaków tak właśnie robi). Jeśli tak - to gdzie go szukać?

Do zobaczenia na bruku zdeptanym przez Bono i Joyce'a ;)

Jacek

PS. Dzieci pytają, czy wrócę z tej Irlandii. Żona jakoś nie pyta ;) 

19:07, jacek-kowalski , Irlandia
Link Komentarze (12) »
Przed wyjazdem w nieznane (mp3)
  • Ola Pezda: Chętnie pomaluję jakiś fiński domek (1:10, 0,27MB)
  • Marcin Sztandera: Greckie litery są dla mnie straszne (01:02 0,24MB)
  • Karolina Łagowska: Nie wiem, jakim rynkiem pracy jest Barcelona (00:30 0,12MB)
  • Jacek Kowalski: Boję się, że nie znajdę pracy na Zielonej Wyspie (01:30 0,34MB)
  • Agnieszka Urazińska: Będę z uśmiechem podchodziła do Portugalczyków (00:49 0,19MB)
  • Wojciech Pelowski: Londyn to europejskie Chicago (01:41 0,39MB)
15:16, redakcja
Link Komentarze (1) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5