Sześcioro dziennikarzy Gazety Wyborczej przez kilka dni na własnej skórze sprawdzało czy łatwo jest znaleźć pracę za granicą. Ten blog, to ich internetowy notes, o tyle niezwykły, że każdy może tu wpisać swoje komentarze, rady, uwagi. Szczegółowa relacja z dziennikarskiej misji niebawem w Gazecie Wyborczej i TVN 24
Kategorie: Wszystkie | Finlandia | Grecja | Hiszpania | Irlandia | Portugalia | Wielka Brytania
RSS
wtorek, 06 czerwca 2006
Witam z Wrocławia;-)

No i wróciłam do mojego ukochanego Wrocławia...Zanim to się stało, o mało co nie zostałabym przymusowo dłużej w Barcelonie, bo tylko cudem zdążyłam na samolot (awaria jednej z linii metra). Ale kierowca autobusu dał radę.Miał kilku takich zdesperowanych pasażerów i jechał jak w filmie ”Speed”. To była jazda..! A potem przesiadka w Zurychu. W Warszawie - szok termiczny. W wyniku tegoż szoku zabrałam z taśmy swoją walizkę, pobiegłam z nią do toalety. I założyłam na siebie wszystkie najcieplejsze ciuchy. Pogodę to ostatnio mamy - żeby nie narzekać - zimną.

Od niedzieli udało mi się już:
- wyspać
- wrzucić zdjęcia do komputera
- przywitać z kolegami w pracy
Trochę ich chyba zaskoczył mój powrót, bo każdy pyta: to jednak nie zostałaś? Nie miałaś ochoty posiedzieć w Barcelonie dłużej? Albo: to kiedy tam wracasz?Dementując wszystkie plotki oznajmiam, że: nie wracam na razie do Hiszpanii, a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. A w ogóle to mam zamiar popracować teraz we wrocławskim oddziale Gazety Wyborczej i dostarczać czytelnikom pasjonujących kryminałów. Tego, prawdę mówiąc, mi brakowało. To tyle. Na pytanie jak było odpowiadam: fajnie. I korzystam na razie z prawa do odmowy dalszych wyjaśnień, bo pracy mnóstwo.


Nika, moja kotka, trochę schudła. Ale od dzisiajszego poranka przynajmniej już nie udaje, że mnie nie zna. Koty jednak są strasznie obrażalskie.

Dziś piszę teksty, które niebawem ukażą się w papierowym wydaniu Gazety Wyborczej. Jeśli macie jakieś pytania albo sugestie - piszcie. Zrobię co się da.

PS pozdrawiam serdecznie moich nowych znajomych z Barcelony, a zwłaszcza ekipę konsulatu i polskich artystów na emigracji:)

17:02, karolina-lagowska , Hiszpania
Link Komentarze (12) »
Helsinki - fiński sen

No i nie dostanę granatowego garniturka oraz nie sprawdzę, jaką byłabym pokojówką. Ech... Bo ten polski entuzjazm w Helsinkach to trzeba sobie między bajki włożyć.  Oczywiście - menadżer Ritta obiecała mi pracę, ale potem zachowała się, naturalnie, po fińsku. Ale po kolei:

Prosto z hotelu pobiegłam na pocztę główną - tam jest biblioteka z darmowym internetem* , napisałam sobie list motywacyjny do Ritty, bo przecież z  mojego CV nijak by nie wyszło, że jestem konkurencyjną pokojówką  (fizycznie to ja pracowałam dawno temu, kiedy byłam studentką, z potem najwyżej pomagałam w polu). Ritta wprawdzie mówiła o kilku wolnych miejscach i że najpierw zostanę na wakacje, ale potem może i na zawsze. Ale wiem, że w Helsinkach w każdej pracy jest zawsze silna konkurencja.

Przy komputerach - kolejka. Zanim rozpracowałam system (czyli jak sie dopchać do wolnego kompa, a tam tłumy ludzi!), napisałam i wydrukowałam , minęła prawie godzina. Kurde, jeszcze to podanie po fińsku! Masa rubryczek z krateczkami, wszystko w języku słabo przeze mnie rozbieralnym. Za mało czasu, żeby ścigać znajomych polskich studentów. Zaczepiłam na ulicy przypadkowego Fina. - Ach, ty się starasz o pracę...- wyjąkał, od razu  znudzony. - I co, myślisz , że bez znajomości finskiego ją dostaniesz...?

Ale potem na stojąco, na chodniku wypełnialiśmy rubryczki:  kim jestem, co umiem, co bym chciała umieć, adres bliskiej osoby, gdzie mieszkam, gdzie pracowałam... wszystko po to, żeby się starać o posadę pokojówki. Tylko że takie papiery są w Helsinkach ważne, a już najlepsze są dobre referencje. Wypełniliśmy. Dzwonię do Ritty. Cztery godziny do odlotu. Odbiera po kilku próbach:- Ja już wypełniłam dokumenty, może byśmy sie spotkały dzisiaj?

No i wtedy z Ritty wyszedł Fin. Jest zajęta. Totalnie i beznadziejnie. Więc nie da się przyspieszyć. Spotkamy się w....czwartek. O której mi pasuje? Dobra, dziesiąta,  już sobie zapisuje moje imię i nazwisko - poprawnie potwórzyła obydwa.

I koniec. Żegnaj Finlandio. Ostatni lancz - za 8 euro najadam się do syta u Chińczyka, który serwuje szwedzki stół. Jest Agnieszka z Kristerem - wyrwała się, choć w czwartek ma egzamin na kolejne studia. Chce skończyć kurs antropologii. ale tam sa ograniczone miejsca dla cudzoziemców. Tylko w tym upatruje swojej szansy na lepsze zatrudnienie, liczy na kolejny punkt do CV. Przecież wysyła ich czterysta w jednym sezonie. A na razie ma  tylko zastępstwa za nauczycieli angielskiego. Z natury swojej dobrze ludziom życzy, ale w tym wypadku jest zadowolona, kiedy często chorują. Przyszła też Ola - ta, którą poznałam w kościele polskim - widać już stanowimy polską rodzinę w Helsinkach. Wciskamy Oli moją potencjalną pracę w hotelu, ale chyba nie ma ochoty. Może zrobi następny kurs z fińskiego. - W Stanach w każdej gazecie były ogłoszenia o pracy na każdym rogu ją mogłam znaleźć! A tu się muszę uczyć tego pokręconego języka- Ola narzeka.

Takie są Helsinki. Miasto, w którym każdy mówi z tobą po angielsku, tak że nie odczuwasz zupełnie przymusu nauki fińskiego. Za to o pracy nikt po angielsku rozmawiać nie chce. Po którym włóczyłam się z osamotnionymi Polakami, mieszkałam w jednym hotelowym pokoju z zagubioną Australijką, a żeby wejść do hotelu musiałam mówić do domofonu: Priwiet, ja iz nomiera dwadcatszest. Miasto, w którym przy placu Czerwonym stoi największy budynek związków zawodowych, jaki w życiu widziałam, a samorząd za publiczne pieniądze remontuje zabytkowe wille tylko po to, żeby malarze mieli gdzie malować, a pisarze mieli lepsze warunki do pisania. I gdzie najlepiej być studentem, bo tylko wtedy można mieszkać trzy razy taniej, niż lud pracujący. I gdzie nie przespałam spokojnie ani jednej nocy, bo do północy był dzień, do czwartej - wieczór, a potem znowu poranek.  

I wrócę tu - na niedźwiedzie i pojeździć na reniferze. Na pewno nie po to, żeby szukać pracy jako malarz albo pokojówka. Zbyt ubogie mam do tego CV.

* PS

biblioteka z darmowym internetem - extra system, bardziej by się przydał u nas, bo chyba mamy więcej „bezsieciowych” obywateli. W bibliotece jest kilka stanowisk komputerowych, żeby się zalogować, trzeba wziąć numerek z automatu - jak u nas np. w bankach. Do tego jednak trzeba mieć kartę biblioteczną - ale spoko, kto jej nie ma, dostanie od obsługi specjalną, dla gości. Potem jest 15 minut na serfowanie. Jak wykorzystasz - komputer się wyłącza. Możesz sobie  znowu wziąc numerek, trzeba tylko pamiętać, że zazwyczaj jest już do komputerów kolejka i kiedy idziesz po przedłużenie czasu, od razu ktoś cię podsiada. Drukować też można  - 30 centów za stronę

PS

Info dla poszukujących pracy: pokojówek szuka Radisson przy Mikonkatu (po tej stronie, gdzie dworzec kolejowy, na zapleczu przylegającego do dworca placu). Prawdopodobnie są też wolne miejsca w agencji SOL Palvelut OY przy Vanhatalvitie 19A  (np. w hotelach Sokos)- oni dają ogłoszenia na ministerialnej stronie i w każdym jest zastrzeżenie o znajomosci języka fińskiego, ale jak mi powiedziała po cichu (niestety, dla mnie  za późno) szefowa pokojówek jednego z hoteli - mozna zlać ten zakaz, bo zbliżają się wakacje, są miejsca i trzeba rąk do pracy. Płatne 6-9 euro za godzinę. Warto spróbować, może uda się zdążyć przed fińskimi studentami.

poniedziałek, 05 czerwca 2006
Do zobaczenia w Lizbonie

Bo ja tam jeszcze wrócę. Raczej jako turystka. Przez ostatni tydzień odczułam na własnej skórze, że to nie jest miejsce w którym łatwo znajduje się pracę. A jeśli nawet się uda, nie ma co liczyć na dobre zarobki. Spędziłam kilka dni w pięknym zakątku świata, gdzie pogoda cudowna, jedzenie pyszne i ludzie przyjaźni. Raj? Zależy z której strony na to patrzymy. Jeśli ktoś bardzo chce, pracę można dostać. Najlepiej szukać wśród znajo mych, albo jeszcze z kraju, przez internet na przykład. Mnie się udało trzeciego dnia znaleźć legalne zajęcie, ale była to praca dorywcza. Taka, z której nie sposób się utrzymać. W kilku pubach usłyszałam, że powinnam się trochę nauczyć języka i mogę liczyć na zatrudnienie. W niedzielę, kiedy przestałam już szukać, dostałam wprawdzie ciekawą propozycję pracy w holenderskiej firmie. Ale to był przypadek, szczęśliwy zbieg okoliczności. Raczej wyjątek, nie reguła. Bo prawda jest taka, że Polacy nie przyjeżdżają do Portugalii, żeby się dorobić. Wszyscy rodacy, których spotkałam w Lizbonie, przyznali że na przeprowadzce finansowo nie zyskali. Ale mają to, co dla nich ważniejsze: rodzinę, spokój, możliwość życia w pięknym kraju. Zostali w Portugalii, więc szukali pracy. Ale nie przyjechali tam tylko po to, żeby zarobić. Prawda jest taka, że jeśli ktoś dostaje tysiąc euro miesięcznie, mówi że jest zadowolony. A cena za wynajęcie mieszkania to ok. 500-600 euro. Do tego koszty życia: jedzenie, przejazdy, telefony do kraju. O oszczędnościach raczej nie ma mowy. Pewnie właśnie dlatego po otwarciu rynku pracy Polacy nie zaczęli masowo emigrować do Portugalii. – Trochę się tego na początku obawialiśmy – przyznaje konsul Ewa Tomaszewska. – Były telefony z Polski z pytaniami, czy tu można zarobić. Informowaliśmy, jakich pensji można się tutaj spodziewać. A planującym emigrację zarobkową po prostu odradzaliśmy przyjazd. W Lizbonie spędziłam tylko kilka dni i choć to niewiele, udało mi się dotrzeć do Polaków, którzy jednak pracują tu, godnie żyją i nie zamierzają wracać do kraju. Nie można więc straszyć, że w Portugalii nie ma dla nas szans. Radziłabym tylko dobrze przemyśleć decyzję o ewentualnej przeprowadzce i dobrze się do niej przygotować:

  • Bardzo ważny jest język. Nie tylko dlatego, że bez niego bardzo trudno o pracę. To chyba także kwestia szacunku do miejsca, w którym chcemy mieszkać. Lizbończycy dobrze reagują na cudzoziemców, którzy portugalskiego nie znają. Ale jeśli usłyszą choć kilka słów we własnym języku, od razu stają się bardziej serdeczni. To chyba naturalne.

  • Ofert pracy radzę szukać jeszcze z Polski, na przykład w internecie, bo bywają także w języku angielskim. W gazetach wszystkie, które znalazłam, były po portugalsku. Polskiej prasy brak. Na każdym kroku słyszałam o ‘znajomościach’. Tak pracę w pubie znalazł Piotr, którego poleciła szefom znajoma portugalka. W ten sposób w innym pubie zatrudniła się Marta, bo rekomendowała ją koleżanka z polski. Mnie też ktoś komuś rekomendował.

  • Najlepiej zacząć od załatwienia formalności – przede wszystkim NIF, a jeśli nie mamy już załatwionego kontraktu i będziemy pracować jako wolny strzelec – także tzw. recibo verde. Choć obie kwestie da się załatwić ‘od ręki’ to w urzędach, szczególnie tych większych, możemy się spodziewać kłopotów. Lepiej wybrać mały oddział, a najlepiej poprosić o pomoc kogoś, kto podobne przejścia ma już za sobą.

Przeżyłam w Lizbonie piękny, choć męczący tydzień, a przecież tylko sprawdzałam, czy można tam znaleźć pracę. Dlatego naprawdę podziwiam Aśkę, Piotra, Martę, Maćka, Zuzę i Agnieszkę, którym się to udało.

To miasto jest piękne. Żal było wyjeżdżać. Wróciłam dziś do szarej i zimnej Łodzi. I wiecie co? Tu jestem u siebie.

>Dziękuję wszystkim Polakom, z którymi miałam przyjemność się spotkać w Lizbonie :)

21:57, agnieszka.urazinska , Portugalia
Link Komentarze (5) »
Czy praca w Londynie jest

O, to jednak wróciłeś?? - tak przywitano mnie w redakcji. Te żarty trochę pokazują nasze podejście do emigracji. Że TAM musi być LEPIEJ. Nie tylko INACZEJ, a LEPIEJ. Chyba powalczę z tym stereotypem w tekstach, które mam teraz przygotować. Oczywiście, nikt nie wyjeżdża dlatego, że spodziewa się GORZEJ, ale wśród Polaków w Londynie spotkałem sporo takich, którzy po prostu chcieli coś zmienić, sprawdzić nowe miejsce, siebie, otworzyć możliwości. Nasze wejscie do UE te możliwości daje. A w Londynie pracują i Francuzi, i Portugalczycy, i Czesi. Nie tylko dla kasy.

Mój niespełna tydzień w Londynie przeciągnie się pewnie na Polskę poprzez korespondencję z tymi, których tam poznałem. Pewnie parę razy jeszcze o tym tu napiszę. Przed chwilą dziennikarz TOK FM zapytał mnie, czy praca w Londynie jest. Trochę się przeraziłem, bo kiedy powiem 'jest' pojedzie tam któryś ze słuchaczy, pracy nie znajdzie i pomyśli 'bzdura'. No to powiedziałem 'jest, w pubach'. Mogłbym też dodać, że w jednym z sex-shopów na Soho też jest i w firmie od pamięci komputerowych może by się znalazła. Emigranci, co odpowiecie na pytanie, czy jest praca w Londynie?

20:54, wojtek.pelowski , Wielka Brytania
Link Komentarze (15) »
PS., czyli pisane z PolSki

Byłeś w Irlandii i co? - mógłby ktoś zapytać.

Ano: i jestem bogatszy o doświadczenia; i furda moje doświadczenia: otóż to bogactwo zdobywałem dla Was (bez kąśliwych komentarzy, proszę ;) ).

Słuchajcie: nie jest lekko o pracę w Dublinie. Wybierając się tam weźcie trochę pieniędzy, licząc się z tym, że będziecie musieli jakiś czas pochodzić za robotą. Nauczcie się porządnie angielskiego - nie ma co liczyć na cuda. No i pozałatwiajcie wszystjkie formalności na miejscu: zarejestrujcie się, poodprowadzajcie potem podatki. Nie warto pracować na czarno. I dobrze uwazajcie, w jaki układ wchodzicie: jeśli ktoś oferuje Wam pracę, ale pod warunkiem, że oddacie mu swoją tygodniówkę, albo pod warunkiem np. tygodniowej pracy za darmo - to jeśli nie jesteście zdesperowani, nie korzystajcie.

A na koniec - chwila wspomnień ze słonecznego Dublina.


To nie relaks - to praca w Adapt Security Ltd.

Pozdrawiam z zachmurzonej (stosunkowo) Polski wszystkich życzliwych mi polskich mieszkańców Dublina: szczególne dzięki dla Grzegorza, Ani, Oli, Sylwii, Marty i Bożeny.

15:36, jacek-kowalski , Irlandia
Link Komentarze (7) »
Helsinki - znalazlam prace. Kurcze.
Nie matura, lecz chec szczera...Oczywiscie w kazdej ofercie jest jezyk finski, oczywiscie w biurach pracy i outsourcingowych firmach nie beda rozmawiac  inaczej jak po finsku, w knajpach tez, jesli maja dosc pracownikow. A maja. Ale zdarza sie inaczej. 
Wczoraj poszlam do kosciola na polska msze. W Rzymie po kosciolem polskim znalazlabym prace w trzy minuty. Nie taka, to inna, nie na godziny, to na stale. Moze zle platna, ale znalazlabym. Ale w Helsinkach po kosciolem, w ktorym raz w miesiacu odbywa sie msza w jezyku polskim gromadzi sie kilka-kilkanascie osob. Tzw. stara Polonia zazwyczaj, czyli nie ci, ktorzy szukaja pracy. Jedyna oferta na tablicy w jezyku polskim to informacja o zebraniach polskiej grupy AA. W dodatku msza sie nie odbyla  - polska siostra poinformowala o tym za posrednictwem pani z Polonii, telefon byl juz po godzinie rozpoczecia.
Poznalam  Ole ze Szczecinka, swiezo poslubiona Finowi. Ola od razu zaczela od kursu finskiego - 130 euro za miesiac. Zadnych szans na prace, nawet jej maz Timo nie moze jej nic znalezc. Spotkalam tez dwoch monterow, ktorzy buduja pod Helsinkami centrum handlowe. Prace maja przez posrednika z Polski, zarobia najwyzej 2 tys. zl na miesiac. Wiedza, ile zgarnia posrednik. Chcieliby sobie znalezc robote bezposrednio ale nie maja szans - hotel, praca, hotel, praca i nie znaja slowa w jezyku tubylcow.
Helsinki na wszystkie sposoby probuja odstraszyc obcych od szukania pracy. Gdybym stracila swoja, nie szukalabym zajecia tutaj, o nie. Ale rzutem na tasme, po wieczorze  spedzonym w pubie, w ktorym przesiadywal Lenin, obmyslajac rewolucyjne play, poszlam do jeszcze jednego hotelu. Znowu swieci slonce, alergia mi sie wiec uaktywnila - weszlam totalnie splakana. Zapytalam boya, o zrobic, zeby dostac prace. - Znajdz menadzera, umow sie, u nas pracuje jeden chlopak z Kanady, tez nie zna finskiego.
 O menadzera pytalam w recepcji polykajac alergiczne lzy. Musialam zrobic wrazenie. Przyszla menadzer Ritta w dobrze skrojonym garniturze (te Helsinki sa troche jak seksmisja - same kobiety... ale o tym kiedy indziej). Postanowilam byc szczera. - Nie znam finskiego, jestem nowa w Helsinkach potrzebuje jakiejkolwiek pracy.
No i maja miejsca - moge byc pokojowka! Na cale lato, na caly etat, a moze i po wakacjach. -  Gdzie pracowalas w kraju?
- Bylam dziennikarzem, ale rzucialm prace i postanowilam zaczac zycie od nowa - wysypalam zaskoczona.   - Nie przeszkadza ci, ze nie mam duzego doswiadczenia w sprzataniu? - dopytalam jeszcze.
- Liczy sie motywacja - uslyszalam. - Bo to ciezka praca.
W internetowej kefejce w bliblitece na poczcie glownej (darmo kilka stanowisk internetowych) drukuje wlasnie CV, musze wypelnic jeszcze podanie po finsku, Ritta mnie przepraszala, ze nie maja angielskich formularzy. Helsinki z nowa twarza - mam jeszcze tylko piec godzin do odlotu.
niedziela, 04 czerwca 2006
Grecja - pracowita końcówka
Witam ponownie. Teraz juz z Polski.

Piątek minął mi w iście wariacki sposób. O godz. 6.30 znalazłem się na polskiej budowie, gdzie mogłem się wykazać jako pomocnik. Trafiłem tam z ogłoszenia w jednej z gazet polonijnych. Żeby było jasne, mój szef, pan Marek, dosyć szybko się dowiedział, że nie przepracuję do końca dnia, bo muszę wracać w nocy do Polski. Pytany o szczegóły wyjaśniłem , że jestem dziennikarzem i chcę zobaczyć jak wyglądają warunki pracy na budowie, bo kilka takich ofert dostałem. Potem pan Marek chętnie mi opowiadał o warunkach pracy i też mi powiedział, że chętnie by mnie zatrudnił na dłużej.

W sumie jednak skończyłem pracę nie wiele wcześniej niż reszta ekipy. W Grecji budowlańcy pracują do sjesty, która się zaczyna około godz. 15. Wtedy pracę przerywa też większość sklepów, żeby ją wznowić po 2 godz. Ale ekipy budowlane juz pracy nie wznawiają. Co ciekawe, kiedyś majster z mojej ekipy dosyć boleśnie odczuł pracę podczas sjesty - układał glazurę w prywatnym mieszkaniu, gdy wkroczyła policja z długą bronią. Wezwała ją sąsiadka, bo myślała, że to złodziej hałasuje, bo nikt normalny po 15 nie pracuje.

Chociaż tydzień to trochę krótko, warto się pokusić o jakieś podsumowanie:

Przede wszystkim pracę znalazłem tak naprawdę juz we wtorek, ale jej podjęcie będzie możliwe od poniedziałku. Kolejne oferty też dotyczą przyszłego tygodnia.

Nie ulega wątpliwości, że pracę można znaleźć, ale nie będzie ona w przeważającej liczbie zbyt dobra. Jest to uwarunkowane przede wszystkim nieznajomością języka, a na dodatek w Grecji jest moda na wyższe wykształcenie. Więc wielu Greków z takim wykształceniem też nie pracuje. Co ciekawe, podobno Grecja jako jedyny kraj w Europie ma nadprodukcję lekarzy i prawników.

Jaka jest więc praca? Polacy pracują na budowach, a Polki opiekują nad dziećmi, sprzątają, prowadzą domy, sprzątają hotele i pracują w barach. Co ważne, w w tej chwili znacznie łatwiej znaleźć pracę na którejś z wysp. Takich ofert, również dla par, jest znacznie więcej. Wtedy można zarobić 500-700 € miesięcznie, bo dach nad głową i wyżywienie dla osób pracujących np. w hotelach, albo przy rodzinie, czyli tzw. “na mieszkaniu” jest za darmo.

Wszyscy Polacy, których spotkałem podkreślali, że Grecja nie jest miejscem, gdzie można się szybko dorobić. Płace są zbyt niskie w stosunku do kosztów utrzymania. Ale ogromnym plusem jest pogoda i świetna kuchnia.

Warto czytać lokalne polonijne gazety. Jest tam sporo ogłoszeń o mieszkaniach i ofert pracy. Ale to właśnie praca nie wymagająca zbyt wysokiego wykształcenia. Ja podczas swojego pobytu spotkałem tylko jedną kobietę, która pracuje umysłowo – jest nauczycielką angielskiego, chociaż też zaczynała od sprzątania. Co nie znaczy, że na sprzątaniu nie można zarobić. Przeciętna stawka to 7 euro za godzinę (dla porównania Rosjanki i Albanki zarabiają po 5 euro), ale jedna ze spotkanych kobiet twierdziła, że można dostać po 12 € za prasowanie w najlepszych domach, do których jednak najtrudniej trafić.

Bez greckiego raczej można zapomnieć o pracy w biurze,a i o pracę w barze jako kelnerka trudno (tych ofert pracy dla kobiet też jest sporo), bo z klientami też trzeba się jakoś dogadać.

Mieszkanie: myślałem, że będzie trudniej. Sam zaczepiłem się na początku w hostelu na ul. Victora Hugo, gdzie doba kosztowała 11 € (ale nie było nawet czajnika). Mając już jakiś dach nad głową można spokojnie szukać mieszkania, co jak twierdzi miejscowa Polonia, nie jest zbyt trudne. Pomagają w tym prywatne biura pośrednictwa pracy (odpłatnie) oraz ogłoszenia przed kościołem na Michail Voda oraz w gazetach. Garsoniera miesięcznie może kosztować od 150 €, 2-3 mieszkanie od 350 €. Często trzeba zapłacić też kaucję. Ale trzeba uważać też na cwaniaków, którzy za tą sumę oferują tylko łóżko w prywatnym mieszkaniu. Oczywiście w takim mieszkaniu jest więcej osób i każda płaci po 150 €....

To na razie tyle. Obiecuję, że ciąg dalszy nastąpi

17:43, marcin.sztandera , Grecja
Link Komentarze (8) »
Może wrócić?
Piccadilly line stanęła dziś na kilka godzin. Niesamowite, jak namieszać w mieście może chwilowy remont jednej linii metra. Ledwie zdążyłem na lotnisko. Przy okazji zauważyłem, że stężenie naszych rodaków rośnie z dnia na dzień. Choć może to inny mechanizm. Po kilku dniach łatwiej Polaków rozpoznać: żywe reklamy na placach i skrzyżowaniach (3,5 funta za godz.), barmani (5 z kawałkiem + napiwki), kelnerki (3,5 do 6 + napiwki, sprzedawcy w sklepach (6-10), mężczyźni z popapranymi farbą spodniami w metrze (malarz pokojowy może dostać podobno kilkanaście funtów za godz.). Nikt nie musi się przedstawiać, jakoś wiadomo, że z nad Wisły. Przeszedłem dziś po polskim Londynie i nie było to na żadnym 'Hamerszmicie'. Do tego na Heathrow odprawiała mnie Polka. Za chwilę wakacje, więc to europejskie Chicago jeszcze mocniej się spolonizuje. Widać to choćby po zapowiedzich imprez - zjeżdżają polskie zespoły, kabarety. O informacje nietrudno - polskie-londyńskie gazety można dostać przy wielu stacjach metra.

Może wrócić? Na przykład do BBC, jak podpowiadaliście w kometarzach. Nie mam szans. Może do tej firmy z pamięciami komputerowymi, albo po prostu do pubu? Mogę. Ale - po co? Bo pisałem już tutaj, że pierwszym i chyba najważniejszym spostrzeżeniem przy tym wyjeździe po pracę na Wyspach było to, że najwięcej zależy od podejścia. Determinację, rezygnację, dystans czy luz do nowej emigracyjnej sytuacji życiowej widać z daleka. Ludzie jadą do Londynu z różnych powodów. Ja chciałem sprawdzić: czy jest praca, jak się jej szuka, jak szukać nie warto, kto jest zadowolony, kto potrafił się odnaleźć, jak nas widzą miejscowi. Fotograficzny skrót - kilka dni. Ale zobaczyłem tzw. swoje. O historiach, które usłyszałem będzie jeszcze okazja napisać. O

Pora spać, wróciłem. Do domu.
00:00, wojtek.pelowski , Wielka Brytania
Link Komentarze (35) »
sobota, 03 czerwca 2006
Lizbona po polsku

Pozostal mi tylko jeden dzien na koncu Europy. Rewelacyjnej pracy na dluzej z pewnoscia juz nie dostane. Brak portugalskiego nie ulatwia sprawy. Ale wiem na pewno, ze prace znajduja w Lizbonie i takie osoby. Trzeba tylko bardzo chciec i miec motywacje... inna niz finansowa. No i na pewno kilka dni na poszukiwania to stanowczo za malo. Piotr, ktory przyjechal do Lizbony w pazdzierniku, zakochal sie w tym miescie bez pamieci. Pracuje jako barman. - Jezyka ucze sie w pracy. Coraz lepiej mi wychodzi - opowiada. - Finansowo na przeprowadzce do Portugalii stracilem, ale nie zaluje. Dosc mialem wyscigu szczurow. Tu zycie toczy sie wolniej i tutaj mam przyjaciol.

Podobnie mowia inni mlodzi Polacy. Spotkalam ich w pubie na Bairro Alto, gdzie czesto sie pojawiaja. Moze dlatego, ze pracuje tu Asia artystka, ktora namowila szefa, zeby serwowal slynna u nas zubrowke,jeden z nielicznych polskich produktow, jaki mozna tu kupic? To chyba jedyne miejsce, gdzie tak czesto slychac polski jezyk. - Lubimy sie i potrzebujemy - mowi mloda Polonia. I wszyscy podkreslaja, ze Portugalia to nie kraj na zbijanie fortuny. Ale nie spotkalam nikogo, kto chce wracac do Polski.

Pisalam juz wczesniej o mieszkancach Ukrainy, ktorych w Lizbonie jest coraz wiecej. Pracuja za niewielkie pieniadze wykonujac najczesciej prace ponizej swoich kwalifikacji. Rozmawialam na przyklad z pania, ktora zna doskonale portugalski, mowi po polsku i niemiecku. Zajmuje sie sprzataniem... Gdy patrzylam na nia i jej rodakow, zauwazylam wyrazna roznice miedzy nimi a Polakami, ktorych tu spotkalam. Ci pierwsi sa malo pewni siebie, ci drudzy nie maja zadnych kompleksow. Agnieszka wierzy, ze moze byc dziennikarzem-korespondentem, Piotr szuka lepszej pracy, a Marta z Mackiem chca zalozyc wlasna firme. A ja wierze, ze im sie uda.

23:57, agnieszka.urazinska , Portugalia
Link Komentarze (2) »
Adios, Barcelono

Przede mna ostatnia noc w Barcelonie.

Na podsumowania bedzie czas pozniej. Z newsow: tego lata Barcelona potrzebuje 1600 kelnerow. Tyle samo miejsc pracy jest w malych miasteczkach na wybrzezu.

No tak. Wlasnie wczoraj spotkalam grupe Rosjanek pytajacych jak dojechac do Blanes i Lloret de Mar. Praca jest tez w zawodach, ktore wymienialam wczoraj. Zeby sie nie powtarzac dodam tylko, ze hydraulik moze liczyc (tak jak spawacz w porcie) na 3 tys. euro miesiecznie. 

I to tyle, jesli sie przyjezdza tak na wariata, jak ja tydzien temu. Ambicje do kieszeni i baw sie dobrze, w knajpie tez moze byc fajnie,a za cos trzeba zyc. Lepszej pracy trzeba solidnie poszukac i to najlepiej zaczac juz w Polsce.

Poszlam pozegnac sie z Jorge. To wlasnie on znalazl informacje o tych kelnerach.

- Zobaczysz, za kilka lat to my bedziemy do was przyjezdzac w poszukiwaniu pracy- usmiechnal sie.

Duzo by gadac, Jorge. Ja spadam, bo ide jeszcze do Oli i Magdy, ktore stoja na Ramblas jako zywe figury. Infantki Velazqueza w troche upiornej tonacji to wlasnie one. Dziewczyny przyjechaly tu z Londynu rok temu, i jak mowia, miasto je pochlonelo.

Pracuja po 3- 4 godziny dziennie. W dobrym dniu turysci sypna nawet ponad sto euro.

Powodzenia wszystkim, ktorzy tu pracuja i dopiero maja zamiar. Mucha suerte.

Adios, Barcelono:)

22:43, karolina-lagowska , Hiszpania
Link Komentarze (14) »
Helsinki i swieta sobota

Leje,odkrylam darmowy komputer w informacji turystycznej. Praca tutaj jest kwestia czasu. Trzeba go tylko miec duzo na szukanie zajecia. Tam gdzie dzwonilam pytali o telefon- trzeba miec finski numer, nie zaplaca tez bez konta w  banku. Mozna  je podobno zalozyc od reki. Chcialam to zrobic dzisiaj - w razie pracy  juz by bylo z glowy. Ale w sobote tu wszystkie urzedy i banki zamkniete. W Finlandii i tak wszystko zalatwia sie przez internet. Wczoraj poznalam Agnieszke, ktora w jednym sezonie wyslala 400 CV- zna plynnie angielski i finski, ale po prace musiala wyjechac do Irlandii.- Sledzilam w internecie oferty i natychmiast wysylalam cv. zazwyczaj byly to oferty nieaktualne, firmy po  prostu musza sie wykazac , ze szukaly pracownika, chociaz miejsce jest juz zajete.

Agnieszka obserwuje zmagania Polakow w poszukiwaniu pracy  i wpadla na pomysl, ze moglaby tlumaczyc dla nich oferty z finskiego oraz pisac cv. Cene  obliczyla na 20 euro. - Tylko watpie, czy rodacy sa gotowi tyle zaplacic - mowi.

Wczoraj w konsulacie dowiedzialam sie, ze trzy razy w tygodniu co najmniej przychodza zagubieni Polacy - bez  pieniedzy i zdumieni, ze nie znalezli zajecia. Helsinki sa trudne, ale zawsze mozna sie wybrac do mniejszych miejscowosci:w sezonie najlepiej na truskawki, prawdziwki. Ale to tez lepiej sobie zalatwic wiosna.  

To jeszcze nie koniec
Wszystkich oczekujących na najnowsze wieści z Grecji bardzo przepraszam, że nie napisałem wczoraj i proszę o wyrozumiałość. Teraz jestem już w Polsce i zbieram siły po tym wyczerpującym tygodniu. Jutro (odpowiadając na liczne prośby) napiszę szczegółowo o pracy dla dziewczyn (kobiet, studentek) a takze cały worek porad i spostrzeżeń dotyczących życia w Grecji. A teraz dajcie mi się porządnie wyspać żebym nie popełnił jutro błędów ortograficznych a tym bardziaj merytorycznych!!!
13:49, marcin.sztandera , Grecja
Link Komentarze (3) »
Kitchen porter może wybierać

Chyba nie będzie podsumowań. Właściwie, mogę napisać, że te kilka dni (pięć niespełna) w Londynie to początek. Dzisiejszy dzień znów mi to pokazał. Wczorajszy zresztą też. I dziś, i wczoraj miałem ustalony plan, z którego wiele nie wyszło. Ale możliwości wcale to nie zamyka. Wczoraj zamiast w sieciowej restauracji trafiłem do pubu, dziś zamiast skończonej rekrutacji, rekrutację zacząłem. 'Co pan studiował? W jakich zawodach dorabiał pan wczesniej? Czy poważnie podchodzi pan do nowej pracy? Gdzie chodzi pan na angielski?' - takie pytania padają na rozmowie. Nie mam co udawać, że nową pracę traktuję jako test.

Moja firma komputerowa była dziś jednak zbyt zajęta wewnętrznymi sprawami, żeby się mną do końca zająć i konkluzja była taka: 'proszę nam napisać więcej o sobie'. Tyle, że jutro w nocy będę już w Polsce!

Nic to, napisać mogę. Mam otwartą kolejną drogę do pracy innej niż gastronomia. Choć, szczerze, nie rozumiem rozczarowania niektórych z Was z naturalnego lądowanie Polaków w kuchniach i pubach. Praca barmana, kucharza, czy kelnera wcale nie jest zła. Na gotowaniu się nie znam, choć - myślę - kucharzowi powinno być blisko do artysty. A kelner i barman mają dobry kontakt z ludźmi. To nie tylko lanie piwa i bieganie z talerzami. Ta praca może być, jeśli ktoś lubi, sposobem na życie. W każdym razie, potrafię to sobie wyobrazić. Rozmawiałem o tym wczoraj z socjologiem, który prowadzi badania nad Polakami w Londynie. Ruszyło mnie jedno - mówił, że mamy specyficzną narodową cechę, która ustawia nas do patrzenia na emigrację, jak na wielką traumę. Że ukrzywdzeni z tobołkami znów za chlebem do obcych... A to nie tak! W Londynie sam spotkałem rodaków, którzy jadą dla zabawy, którzy chcą pożyć chwilę inaczej. Rozkręcony Londyn daje takie możliwości. Jest wybór i korzystają z niego nie tylko managerowie w dużych firmach, prawnicy, czy lekarze. Kitchen porter też korzysta (uczy się, bawi jeździ po świecie - bo i z niską pensją na coś go stać). Chyba, że nie chce. W każdym razie, to jego wybór.

Chyba mi nie wyszło - miało nie być podsumowań. Poniosło mnie w stronę uogólnień, no to kilka technicznych uwag na koniec. Zostawiając CV w pubach (kilkanaście), rozmawiałem (kilka razy) z szefami (albo właścicielami). Żeby zacząć pracę nie trzeba zatrudnienia, konta w banku, jakiegoś ubezpieczenia itd. Wystarczy polski paszport. Prześledziłem też wreszczcie dokładnie oferty pracy w polskich gazetach. Sprzątanie, budowy, konsultanci Avonu, restauracje, 'papierosy kupię'. Monotonia. Mieliście rację, pisząc jeszcze przed moim wyjazdem, żeby z dystansem podchodzić do ogłoszeń. Trochę podzwoniłem. Wszystko nieaktualne, albo numer milczał.

Wciąż też nie mogę przestać dziwić się, jak nie gubię się w tym mieście. Bo się nie gubię! Tube - London Underground, czyli metro jest tak zorganizowane i oznaczone, że trzeba wyjątkowych uzdolnień, żeby się nie połapać. Fantastyczne.

00:59, wojtek.pelowski , Wielka Brytania
Link Komentarze (21) »
piątek, 02 czerwca 2006
Helsinki - dobra, niech pani przysle CV

Helsinki, dzien czwarty. Zadzwonilam do bezplatnej gazety Metro - Pracownikow dobiera nam posrednik - uslyszalam. To ten posrednik, ktory nie chcial nawet mojego podania bez znajomosci finskiego. Dodzwonilam sie do kolejnego wlasciciela firmy remontowej: nie zrazila go moja nieznajomosc jezyka finskiego, ani fakt ze jestem kobieta - chce CV. Do prac malarskich. Ale wreszcie! Po raz pierwszy nie uslyszalam od razu nie. Wysle, ale nie doczekam juz rozmowy kwalifikacyjnej, bo na nia czekalabym tygodniami. Dominik w kwietniu zlozyl podanie do firmy rekrutujacej ochroniarzy i sprzataczy do duzych supermarketow. Po miesiacu przypomnial im sie, dal drugie CV, po dwoch tygodniach zaprosili na rozmowe. Dwa dni temu wezwali go do pracy. Codziennie od szostej do dziewiatej szlifuje podlogi na stoisku z kosmetykami za ok. 7 euro na godzine. Niewyspany i zadowolony, bo bezpieczny - konczy mu sie stypendium, potrzebuje pieniedzy. A popoludniami bedzie mogl pracowac nad swoimi grafikami.

Wlascicielka pensjonatu, w ktorym sie zatrzymalam (pensjonat w cenie najtanszego hostelu a i tak drogi. Tu nawet kampingi za drogie na to, zeby mieszkac czasowo w poszukiwaniu pracy) na wiesc ze szukam pracy wyciagnela rosyjska lokalna gazete:- No, co ty, znajdziesz prace bez finskiego - chciala mi udowodnic.  Pierwsze ogloszenie: sprzataczka. jezyk finski plynnie w mowie i pismie. Drugie ogloszenie: sprzataczka. Jezyk finski plynnie w mowie i pismie. I tak dalej. Wlascicielce hotelu opadla szczeka: - No to idz, ucz sie . Kurs na uniwersytecie kosztuje tylko 180 euro. Po trzech miesiacach bedziesz plynnie mowila.

Hostele za drogie, mieszkania niedostepne: plastyk po wroclawskiej ASP Tomek (8 lat w Finlandii) z zona Maria wynajeli wlasnie okazyjnie 70 m w dzielnicy oddalonej o 20 minut jazdy pociagiem od centrum - 600 m miesiecznie. Musieli sie wyprowadzic z mieszkania studenckiego, a w miescie dwa razy mniejsze mieszkanie kosztowaloby ponad tysiac euro. W studenckim mieszka tez Agnieszka z Lublina ( w Finlandii od 1998 r z przerwami) - ale to dlatego  ze jej maz pracuje na uczelni  - 340 euro za 37 m, ale za to na parterze jest darmowa sauna!

Malutkie podsumowanie po upalnym (wyjatkowo podobno) piatku, kiedy to Dublinczycy juz zaczeli swietowac

Ostatni dzien pracy jako ochroniarz. Czas na podsumowania:

  • z kilkunastu CV jakie roznioslem po firmach nie ma nic - nikt nie oddzwonil; podobno tutaj trzeba to robic tak, ze sie zaniesie raz, a potem raz w tygodniu sie ich sprawdza
  • z obiecanej pracy (tzn. "przyjdz jutro, zobaczymy co da sie zrobic") w sklepie Inferno (wlasciciel: Niemiec, ale zatrudnia tez Polakow) nie wyszlo nic - z tego wniosek, ze trzeba bylo chodzic do upadlego tam; ja nie mialem czasu, bo pracowalem jako ochrona w sklepach
  • jesli bylbym tu dluzej, na pewno dostalbym numer PPS i prace latwiej byloby znalezc; jestem tylko do niedzieli - nie zdazylem otrzymac tego magicznego numeru;
  • zageszczenie Polakow na metr kwadratowy Dublina powieksza sie z kazdym dniem - ponoc w czasie wakacji ma tu przyjechac kilkadziesiat tysiecy ludzi do roboty, wiec jesli teraz jest ciezko o prace - latem bedzie bardzo bardzo ciezko
  • pytanie znajomych (swiezo poznanych lub dluzej znanych) o robote ("czy nie znasz kogos... czy nie wiesz, gdzie jest miejsce...") naprawde poplaca: tu nie chodzi o cwanakowate zalatwianie roboty, tu chodzi raczej o nieustanne szukanie zajecia na wszystkie sposoby, a etn jest bardzo dobry;
  • nie wstydz sie swojej pracy - tak jak te dwie studentki, ktore dzisiaj poznalem - rozdawaly ulotki na ulicy niedaleko szpili, o tresci "tansze rozmowy z Polska"; wyobrazcie sobie: sa tu od dwoch dni dopiero, a juz dosatja 10 euro za godzine takiej pracy!!! i sie wstydza jej - nie wiem, co o tym sadzic, ale ja bym sie nie wstydzil (aha: robota znaleziona przez znajomego);
  • Polacy, ktorzy wstydza sie kupowac w Tesco daleko nie zajda (znam takich - nie pojda, bo Dublinczycy podobno - ich zdaniem - nie chodza ta kupowac, wiec wstyd): sluchajcie, w Tesco jest naprawde tanio i nie ma sie czego wstydzic - moja nowa znajoma, wysoko postawiona z duza pensja, zarzadzajaca zasobami ludzkimi ;))) kupuje tam, bo po prostu jest ekonomicznie; sam czesto chodze do Tesco w Jervis C.wiec mam porownainie np. z Lidlem czy Aldikiem
  • Gosc, ktory pytal mnie o to, czy moze pracowac na moim miejscu: niestety nie, firma juz kogos przyjela i zaczyna od wtorku

To tyle tych podsumowan na goraco. Przyjdzie czas i na glebsza refleksje - a wszystkim, ktorym nie podoba sie moje pisanie (ze splycam temat, ze po lebkach) odpowiadam oficjalnie: blog to notatnik na goraco, tutaj dajemy tylko 1/5 tego, co widzimy, przezywamy notujemy; wkrotce przyjdzie czas i na cos wiecej - zapewniam was ;)

PS. Z powodu trzech wolnych dni wszystkie puby juz pelne, wszystkie hotele, hostele i B&B przezywaja najazd. jesli sie tu wybieracie, a nie zarezerwowaliscie wczesniej miejsc - dajcie spokoj, nie znajdziecie juz nic.

20:52, jacek-kowalski , Irlandia
Link Komentarze (25) »
Legalniej już się nie da!

Wielki sukces! Udało mi się zrobić dzisiaj coś, co wczoraj wydawało się niemożliwe. Mogę legalnie pracować! Nie dość, że jestem od dziś posiadaczką NIF, to jeszcze mam 'recibo verde'! Dzięki Joannie, która od lat mieszka w Lizbonie i wie jak sobie radzić z tutejszą biurokracją. – Trzeba szerokim łukiem omijać duże urzędy - takie jak Loja de Cidadao – powiedziała.

Pamiętacie? Tam wczoraj nic nie załatwiłam, bo nie mam tu stałego adresu, nie było też osoby, która za mnie poręczy. Na  'recibo' musiałabym czekać... pięć miesięcy. Ale Portugalia to - jak mówią ci, co ją znają - kraj paradoksów. To, co w jednym miejscu było absolutnie wykluczone, w innym okazało się bułką z masłem. Idąc za radą Joanny wybrałam się dziś rano do Reparticao Financas na peryferiach stolicy. I stał się cud: zero kolejki, nikt nie musiał poręczać, a adres hotelu wystarczył. – Proszę chwilkę poczekać – uśmiechnął się pan za kontuarem. Po kilku minutach podpisałam dokument z własnym NIF-em! A po kilku kolejnych - miałam w dłoni upragnione 'recibo verde'. To właśnie ten rachunek wypiszę pracodawcy, żeby odebrać legalnie moje własne, pierwsze zarobione w Unii pieniądze. Cała procedura kosztowała blisko 6 euro. Co za ulga. Gdy tylko podpiszę 'recibo', za te koperty, które będę kleić, załączę go do bloga, bo już czuję, że będę z tego dokumentu bardzo dumna!

A Lizbona tonie w słońcu. Ludzie wolno się ruszają i wyglądają, jakby nigdy w życiu nigdzie się nie spieszyli. Luksusowe mercedesy przejeżdżają koło ludzi, którzy proszą o pieniądze. Wczesnym popołudniem życie przenosi się do restauracji, bo kto żyw pędzi na almoço – czyli luncho-obiad, który może się ciągnąć godzinami. Ta przerwa to tutaj świętość - dowiedziałam się, że pracownik może się nawet oficjalnie poskarżyć na pracodawcę, jeśli z tej przerwy nie będzie mógł skorzystać.... Spóźnieniami nikt się nie przejmuje, ale metro kursuje regularnie.

Polskich śladów tu niewiele. Choć podobno i ogóreczki konserwowe i ‘żubrówkę’ można znaleźć i na tym końcu Europy. Za to nie wszyscy wiedzą, że Polacy mogą tu legalnie pracować. – Wizę musi pani wyrobić, to zobaczymy – usłyszałam w jednym z pubów, gdzie zapytałam o możliwość pracy. – To jeszcze nic. Ja do niedawna musiałam przekonywać niektórych Portugalczyków, że Polska jest w Unii – ‘pocieszyła’ mnie Marta, ta która pracuje w Lizbonie jako barmanka.

19:26, agnieszka.urazinska , Portugalia
Link Komentarze (7) »
Polski spawacz w Hiszpanii

Witam,
Ruchliwa ulica w Barcelonie. Zielone swiatlo, piesi przechodza. Czerwone swiatlo, piesi tez przechodza. Na rogu stoja policjanci. Nie wytrzymalam.
- Jak to w koncu jest w Hiszpanii z tymi swiatlami? - pytam.
- No...normalnie. Na zielonym sie przechodzi.
- Ale na czerwonym tez.
- Ludzie przechodza, ale trzeba uwazac. Zreszta kierowcy tez czasem jada na czerwonym. Trzeba uwazac.
- Czesto dajecie za to mandaty?
- Zdarza sie. Ja pracuje trzy lata i dalem dwa, na samym poczatku.
- Acha, czyli mozna przechodzic na czerwonym?
- Zaraz stad idziemy. Wtedy mozna.

Nie dalam rady dowlec sie wczoraj do kafejki internetowej. Od rana mialam spotkania z Polakami i prace skonczylam po polnocy.
Dzisiaj tez duzo biegania, wiec informacje w skrocie.
- Zadzwonili do mnie z hotelu, gdzie w poniedzialek zlozylam CV.Z dazylam juz o tym zapomniec.(Czytalismy pani CV, teraz zapraszamy pania na rozmowe kwalifikacyjna). Szkoda, ze dopiero we wtorek...
- Donata, o ktorej pisalam w srode, dostala prace:)
Znalazlam tez polski sklep. Otwarty do miesiaca, tuz przy Sagrada Familia. Od tygodnia na specjalnej tablicy mozna zostawic albo znalezc ogloszenie. Sylwester, ktorego tam spotkalam, wlasnie tak znalazl najpierw mieszkanie, potem zatrudnienie. Razem z kolegami pracuje tu jako spawacz. W porcie moze zarobic nawet 3 tys. euro na reke. Wlasnie spawacze, monterzy, hydraulicy i budowlancy sa obecnie najbardziej poszukiwanymi fachowacami w Hiszpanii. Konsulat poszukuje tez pilnie stu drukarzy.

W pubach  i restauracjach powoli zaczynaja juz kompletowac obsluge na lato. - Jesli ktos szuka pracy sezonowej, to teraz, kiedy nie ma jeszcze studentow i miasto przygotowuje sie na najazd turystow -uwaza doktor Jacek,internista, ktory prowadzi tez polsko-hiszpanska firme konsultingowa.
Potwierdzil moje wnioski: najgorzej z praca maja tu humanisci.W zasadzie niemozliwe,zeby zatrudnili sie na rownorzednym stanowisku co w Polsce.
Posprawdzalam tez solidnie ceny mieszkan. W ogole, zeby wynajac cale, trzeba strasznie duzo zachodu. To dluzsza opowiesc, wiec moze o pokojach. Najtansze, ze wspollokatorem, mozna znalezc daleko pod centrum (np. stacja metra Besos Mar) za 160 euro. Zeby zamieszkac samemu, trzeba miec co najmniej 250 miesiecznie. Do 500 za b.dobre warunki.
To na razie tyle. Ide spotkac sie z malarzem (obrazow), a jutro z autorem logotypu "Solidarnosci". Mieszka tu od lat.

ps wrzuce wieczorem zdjecia, teraz komputer chyba ma sjeste...

17:28, karolina-lagowska , Hiszpania
Link Komentarze (14) »
Bonus ;)


Poniewaz prace zaczynam o godz. 12. czasu irlandzkiego (13. warszawskiego), wrzucam malenki bonusik - sklep, przy ktorym stoje. Oczywiscie zdjecie marne, bo zrobione telefonem. Moze dzisiaj uda sie zrobic cos lepszego.

12:16, jacek-kowalski , Irlandia
Link Komentarze (26) »
Dzien po pubie

5 funtow z kawalkiem za godzine do tego napiwki. Prawie wszyscy goscie to stali klienci. Podobno robia sie rozrzutni w weekendy. Ale ja przy Borrow High Street pracowalem w czwartek i nie moge powiedziec, ze to byl dzien zapowiadajacy weekend. Napiwkow nie zauwazylem. Ale popracowalem). Choc popoludnie i wieczor bylo bardziej moja nauka (kazde piwo leje sie inaczej, obsluga kasy, ceny, zmywarka itd). Wlasciciel zaznaczal, ze interes rozkreci sie na World Cup, dlatego potrzebuje ludzi. Ja musialem podziekowac za dzien proby.

Za chwile rozmowa w firmie komputerowej. Napisze wieczorem.

11:48, wojtek.pelowski , Wielka Brytania
Link Komentarze (14) »
Dzis ostatni dzien na bramce

Na poczatek slowo wyjasnienia: wczoraj wieczorem, gdy skonczylem prace (nie tylko na bramce, ale jeszcze reporterska) kawiarenki internetowe po prostu pekaly w szwach. Nigdzie ani skraweczka miejsca, ani kawalka komputera ;) Po godzinie poszukiwan odpuscilem i poszedlem spac. Za to dzisiaj rano - pusto jak w bebenku ;)

Kevin powiedzial mi wczoraj nareszcie, ze podczas dni testowych jesli cokolwiek sie stanie (np. napadna na sklep, albo znajde w kieszeniach taxy), to on nie ponosi odpowiedzialnosci. Tylko ja. Kolega, ktory pracuje dluzej, wytlumaczyl mi, ze tak naprawde gdybym nawet dostal te robote to i tak np. w przypadku taxow (plastikowe duze klipsy dolaczone do odziezy; piszcza jak chcesz wyniesc ciucha za bramke) cala odpowiedzialnosc spada na ochroniarza. Taka robota. Totez codziennie rano trzeba sprawdzic wszystkie kieszenie w odziezy na wieszakach, jesli staje sie na bramce z ciuchami (przyszedlem wczoraj wzglednie rano, wiec na mnie to spadlo). Dlaczego kieszenie, nie musze chyba tlumaczyc: spryciarze odrywaja taxy i wrzucaja do kieszeni odziezy na wieszakach, a potem spokojnie ktadna - nic juz nie zapiszczy na bramce.

Kto kradnie? Tak naprawde - jak slysze - to wcale nie przybysze z Polski, Rosjii czy Azji. Kradna Irlandczycy. Najczesciej zdarza sie to na sklepach z alkoholem, z ciuchami rzadziej. Takze dobra wiadomosc: Polak nie kojarzy sie tutaj ze zlodziejem ;) Za to kojarzy sie z ciezka robota i wytrwalym szukaniem tejze. Gdy dzisiaj na rececji wyszlo na jaw, ze jestem dziennikarzem i pisze o Polakach pracujacych tutaj, wszyscy poklepywali mnie po ramieniu i wznosili kciuki do gory. Bo tak naprawde my napedzamy im gospodarke.

Sluchajcie, jak juz tutaj przyjedziecie omijajcie szerokim lukiem cos, co sie nazywa pudding - niewazne, czarny czy bialy. To nic innego, jak nasza kaszanka tylko podle zrobiona i smakujaca ohydnie. Nie jedzcie tez tych ich kielbasek - nie da sie przelknac. Naprawde dobrze i tanio (jak na irlandzkie  warunki) mozna zjesc przy Parnell St., niedaleko Zagloby - tam jest ciag chinskich i wietnamskich knajpek, gdzie za 6,80 zjadlem wczoraj ogromny talerz ryzu z duza iloscia miesa zmazonego w miodzie; do tego warzywa. Starczy jeden taki posilek na dzien - wierzcie mi; dalej mozna przepekac na lukozadzie i batoniku. ;)

Dzis wreszcie zamieszcze zdjecia - na poczatek z FAS przy Jervis St. Tam ludzie szukaja pracy, o czym pisalem szerzej w jednym z poprzednich wpisow.

I jeszcze jedno - tym razem z wnetrza:

Pozdrawiam i zmykam do roboty.

10:04, jacek-kowalski , Irlandia
Link Komentarze (16) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5
| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31